piątek, 22 lipca 2011

Zawiedzione nadzieje


W rozgrywanych w Polsce mistrzostwach Europy koszykarek nasza reprezentacja zajęła dopiero 11 miejsce. Nie da się więc ukryć, że ten wynik spotkał się z dużym rozczarowaniem kibiców i ekspertów, wobec czego według wszelkich znaków na niebie i ziemi selekcjonerem nie będzie już Dariusz Maciejewski. Należy postawić pytanie - czy moglo być lepiej?

Przed Eurobasketem wiele osób wspominało mistrzostwa z 1999 roku - wówczas Polki dowodzone przez Tomasza Herkta osiągnęły bezprecedensowy sukces - zdobyły złoty medal, zapewniając sobie tym samym kwalifikacje olimpijskie. Tamta ekipa posiadała kilka indywidualności - choćby Małgorzatę Dydek, Elżbietę Trześniewską, Krystynę Szymańską - Larę czy Sylwię Wlaźlak, poza tym cechowało ją zgranie. W drużynie występującej w tym roku jedynie Ewelina Kobryn reprezentuje poziom zbliżony do wymienionych zawodniczek. Sytuacja byłaby na pewno lepsza, gdyby nie ciąża naszej najlepszej i najbardziej znanej obecnie zawodniczki, czyli Agnieszki Bibrzyckiej oraz kontuzje Magdy Leciejewskiej, Darii Mieloszyńskiej, Agnieszki Majewskiej, Marty Jujki czy Izabeli Piekarskiej. Poza tym selekcjoner głównie z sobie wiadomych powodów nie zdecydował się powołać Moniki Krawiec - chyba najlepszej obecnie polskiej zawodniczki na pozycji rzucającego obrońcy. Te braki były trudne do nadrobienia, co pokazał turniej.

Ogólnie Kobryn stanęła na wysokości zadania, zwłaszcza uwzględniając jej zmęczenie fizyczne i psychiczne - kilkanaście dni przed Eurobasketem nieoczekiwanie kontrakt z nią rozwiązało kierownictwo New York Liberty, w związku z czym Ewce nie udało się zadebiutować w WNBA (tuż po zakończeniu ME sprawdziło sie przysłowie "co się odwlecze to nie uciecze" i krakowianka trafiła do ekipy mistrzyń ligi, Seattle Storm). Na miarę swoich możliwości zagrały także powracające do reprezentacji po dłuższej nieobecności młode mamy z dużym już koszykarskim doświadczeniem, czyli Agnieszka Szott i Elżbieta Mowlik. Rozegranie nie zawiodło in minus, chociaż właśnie nie oczekiwano fajerwerków - wiadomo od dawna, że Paulina Pawlak i Katarzyna Dźwigalska nie grzeszą kreatywnością w grze. Największa wyrwa była na pozycji nr 4, gdzie zarówno Justyna Żurowska, jak i Agnieszka Kaczmarczyk, kompletnie zawiodły. Ta pierwsza, typowana na jedną z liderek kadry, zupełnie nie udźwignęła ciążącej na niej odpowiedzialności, wręcz rażąc błędami i nieprzemyślanymi akcjami. Po takiej postawie na ME będzie jej bardzo ciężko znaleźć w miarę niezły klub zagraniczny - ogłosiła bowiem tuż po zakończeniu sezonu, że odchodzi z Gorzowa i nie przyjmie ofert innych teamów z PLKK. Niewiele wnosiły do gry rezerwowe, co stanowiło duży problem o tyle, że w koncepcji Maciejewskiego każda zawodniczka jest ważna i ma dostać swój czas na pomoc drużynie. Problem jednak w tym, że zmiany dokonywane bardzo często i w dużych ilościach sprawiały, że zawodniczki nie czuły sie zbyt pewnie, co same podkreślały w pomeczowych rozmowach. Tak szeroka rotacja sprawdzała się na ogół w Gorzowie. W kadrze były cztery zawodniczki grające w ostatnim sezonie w ekipie prowadzonej także przez Maciejewskiego, poza tym trzy inne także reprezentowały kiedyś barwy gorzowskiego klubu. Reprezentacji nie udało się jednak wypracować własnego stylu - za dużo było w tym wszystkim niefrasobliwości, bezproduktywnego biegania, wiele do życzenia pozostawiała także skuteczność.

Na inaugurację Polki bezapelacyjnie przegrały z późniejszą rewelacją (ale tylko do fazy pucharowej) - Czarnogórą, w barwach której prym wiodły byłe wiślaczki: Skerović, Perovanović oraz naturalizowana De Forge. Następnego dnia zagrały dużo lepiej (zwłaszcza w drugiej połowie), wygrywając pewnie z Niemkami. Pomimo dobrych fragmentów, nie dały rady prowadzonej przez Jose Ignacio Hernandeza ekipie Hiszpanii, która nota bene okazała się największym rozczarowaniem Eurobasketu, nie wchodząc nawet do ćwierćfinału. Druga faza to już same porażki - najpierw w meczu o wszystko (podtrzymanie szansy na awans do ćwierćfinału) z Łotwą, potem w spotkaniu o nadzieję (podtrzymanie szansy znacznie bardziej teoretycznej) z Chorwacją, a na koniec w starciu o honor z broniącymi w Polsce tytułu Francuzkami. Po raz pierwszy w mistrzostwach Europy polskie koszykarki wygrały tylko jeden mecz - jest to więc najgorszy wynik w historii.

Można gdybać - z Bibą w składzie oraz chociaż dwiema lub trzema spośród innych nieobecnych, Polki miałyby duże szanse nie tylko zagrać w pierwszej ósemce, ale nawet zająć co najmniej piąte miejce, dające szansę wyjazdu na olimpiadę. Tyle tylko, że problem nie leżał w składzie, ale w sposobie prowadzenia kadry. Maciejewski wyznaje swoją filozofię koszykówki, którą na ogół skutecznie wpajał podopiecznym w Gorzowie, ewentualnie także w reprezentacjach uniwersjadowych, ale nie wszędzie można zastosować ją równie udanie. Trudno powiedzieć, czy Bibrzycka znalazłaby nić porozumienia z resztą zespołu i jak funkcjonowałaby w strategii selekcjonera - tym bardziej, że partnerki nie umiały wykorzystać atutów Kobryn. Przy lepszym pomyśle na grę, nawet w tym składzie pierwsza ósemka nie była wcale aż tak odległa. Pokazały to skazywane na pożarcie (odpadnięcie już po trzech meczach) Chorwatki, wygrywające najważniejsze dla siebie mecze: z Grecją, Polską, Hiszpanią, a potem o miejsca 5-8 z Łotwą i Czarnogórą. Zajmując piąte miejsce, zachowały szansę wyjazdu na olimpiadę.

Po zakończeniu przez Polki występów w ME zebrało się sporo krytycznych opinii osób związanych z koszykówką, w tym tak wybitnej osobowości jak Ludwik Miętta-Mikołajewicz. Nie sposób w wielu kwestiach odmówić panu Ludwikowi racji, m. in. jeśli chodzi o Jacka Winnickiego. Nie dowiemy się już nigdy, czy były trener gdyńskiego Lotosu lepiej poprowadziłby reprezentację, ale na pewno jako selekcjoner nie narzuciłby - niemal wprost dostrzegalnych - podziałów zawodniczek na "swoje" i "inne". Te negatywne oceny pracy Maciejewskiego spotkały się z krytyką z Gorzowa, która jednak w wielu miejscach aż za bardzo przesiąka lokalnym patriotyzmem. Dwa lata temu te same osoby nie zostawiały suchej nitki na poprzednim selekcjonerze, ale on prowadził klub z Polkowic...



Kto będzie nowym selekcjonerem kadry koszykarek? Oby był to fachowiec z zagranicy, który swoim poziomem zagwarantuje poprawę pozycji reprezentacji w najbliższych latach i niejako z definicji nie będzie dawał żadnych powodów do podejrzeń o faworyzowanie jakichś zawodniczek...


poniedziałek, 18 lipca 2011

Po Lidze Światowej


Tydzień temu siatkarze reprezentacji Polski wywalczyli trzecie miejsce w turnieju finałowym Ligi Światowej, który odbył się w trójmiejskiej Ergo Arenie. Jest to najlepszy wynik w historii ich występów w tych prestiżowych rozgrywkach.

Sukces tym cenniejszy, że po dwóch pierwszych dniach bardzo niewiele wskazywało, że nasi siatkarze zagrają w półfinale. Po wygranej 3:2 z Bułgarią (zatem tylko 2 pkt do klasyfikacji, a dla rywali 1 pkt) i przegranej w fatalnym stylu z Włochami, do awansu musiały być spełnione dwa warunki: najpierw Włochów mieli ograć Bułgarzy, którzy sami dotąd dwukrotnie przegrali, a potem oczywiście Polacy nie mogli pokpić sprawy z reprezentacją Argentyny, mającą po dwóch zwycięstwach pewny udział w półfinale. Bułgaria zagrała świetnie i raczej niespodziewanie odprawiła z kwitkiem międzynarodową włoską mieszankę (w składzie dwóch naturalizowanych Polaków oraz po jednym Serbie i Rosjaninie - wszyscy to synowie znanych kiedyś siatkarzy...). Nasi siatkarze po heroicznym boju pokonali po tie-breaku Argentynę, w czym ogromny udział miał Bartosz Kurek. W półfinale dzielnie stawiali czoła Rosjanom, ale ci byli za mocni. Przegrana w czterech setach, po zaciętej walce, wstydu jednak nie przynosi - tym bardziej, że dwukrotnie wyższość triumfującej w całej imprezie sbornej musieli uznać Brazylijczycy. W meczu o brązowy medal nasza reprezentacja nie dała szans Argentyńczykom, tym razem wygrywając z nimi 3:0. Najlepszym punktującym całego turnieju został Kurek, a najlepszym libero Krzysztof Ignaczak.

Można powiedzieć, że trzecie miejsce to pozycja najlepsza z możliwych, biorac pod uwagę, że Rosja i Brazylia były poza zasięgiem pozostałych drużyn. W końcu, za trzecim podejściem w Polsce, jest miejsce na podium - wcześniej, gdy turniej finałowy Ligi Światowej był rozgrywany w Katowicach (2001 i 2007), było gorzej, chociaż zwłaszcza za drugim razem, gdy kadra prowadzona przez Raula Lozano pół roku wcześniej wywalczyła wicemistrzostwo świata, apetyty były spore. Można gdybać, że jeśli ten turniej odbywałby się w innym kraju, Polaków nawet nie byłoby w półfinale - a tak było szczęśliwe losowanie (druga grupa jednak silniejsza), no i swoje niesamowitym dopingiem zrobili kibice. Trzeba jednak podkreślić dużą odporność drużyny. W pierwszym meczu kontuzji doznal podstawowy atakujący Zbigniew Bartman, w trzecim spotkaniu Polacy stali pod ścianą - musieli wygrać z ekipą, która grała na zupełnym luzie, a najlepsze swoje mecze zagrali w czwartym i piątym dniu wyczerpującej rywalizacji, czyli wówczas, gdy było to najbardziej potrzebne.
Owszem, było sporo przestojów, błędów, fatalnych zagrywek. Widać jednak, że z tą drużyną pracuje fachowiec najwyższej klasy. Można być spokojnym, że Andrea Anastasi, dla którego to była pierwsza poważniejsza próba z polską reprezentacją, posiada dużą wiedzę i odpowiednie pomysły, aby ten team zaprezentował się jeszcze lepiej na wrześniowych mistrzostwach Europy, gdzie przecież będzie bronić tytułu. Tym bardziej, że na tą imprezę powinno wrócić kilku zawodników - przede wszystkim Zagumny, Wlazły i Pliński. Chociaż pod ich nieobecność kilku zawodników dostało szansę pokazania swoich niemałych umiejętności, z czego wywiązywali się na ogół pozytywnie. Wielka przyszłość jest przed 19-letnim Michałem Kubiakiem.
 

Zatem można powiedzieć, że zmiana trenera po zeszłorocznym blamażu na mistrzostwach świata wyszła naszej męskiej kadrze siatkarzy na dobre.


czwartek, 30 czerwca 2011

Niedźwiadki w pierwszej lidze



Tytułowa informacja, dotycząca koszykarzy Polonii Przemyśl, nie jest jeszcze na 100% potwierdzona, jednak władze klubu mają wstępne i dość istotne zapewnienie prezesa PZKosz, zatem otrzymanie miejsca na zapleczu ekstraklasy jest bardzo prawdopodobne - można powiedzieć, że ta decyzja czeka już tylko na uprawomocnienie. W pierwszej lidze zwalniają się dwa miejsca, dlatego też koszykarska centrala wysłała zapytania do klubów zainteresowanych grą na tym szczeblu rozgrywek. Warunki to m. in. przedstawione gwarancje budżetowe na minimum 400 tys. zł za sezon i odpowiednie zaplecze (hala spełniająca określone wymogi). Władze przemyskiej Polonii znalazły firmę zainteresowaną sponsorowaniem drużyny koszykarzy w przypadku ich gry w pierwszej lidze, ale póki co utrzymują jego nazwę w tajemnicy. Swoje wsparcie zadeklarował też prezydent miasta.

To wszystko sprawia, że przed ekipą popularnych Przemyskich Niedźwiadków rysuje się ciekawa perspektywa. Oczywiście, o ekstraklasie póki co nikt głośno nie marzy, ale w porównaniu do sytuacji sprzed dwóch lat, czy nawet roku, postęp jest cokolwiek znaczący. W sezonie 2009/10 Polonia miała drużynę koszykarzy w trzeciej lidze, grającą na zasadach kompletnie amatorskich. Po przegranym turnieju o awans do drugiej ligi, działacze wykupili tzw. dziką kartę. Celem było jednak utrzymanie się na tym szczeblu rozgrywek.

Tymczasem, po przyjściu nowych zawodników (m. in. wychowanków grających wcześniej w MOSiR Krosno), po pierwszej części sezonu zasadniczego Polonia była w górnej połowie tabeli. Kolejne uzupełnienia składu i korzystny terminarz sprawiły, że Niedźwiadki przed fazą play off zajęły trzecie miejsce. Wydawało sie jednak, że w serii do trzech zwycięstw więcej przemawia za Zniczem Jarosław. A jednak to Polonia wygrała tą rywalizację 3:1 i awansowała do ścisłego finału grupy C. Tam w dwóch pierwszych meczach bardzo wysoko przegrała z MOSiR-em Krosno. Kiedy wydawało się, że walka o awans skończy się po trzech meczach, Niedźwiadki potrafiły doprowadzić do piątego meczu! W nim jednak musiały uznać wyższość zdecydowanego faworyta rozgrywek. To nie był wcale koniec walki o awans. Polonia otrzymała organizację turnieju barażowego, pomiędzy trzema wicemistrzami grup drugiej ligi. Jednak w połowie maja Siden Toruń i Open Pleszew okazały się zbyt mocne.

W oczekiwaniu na otrzymanie dzikiej karty, rozpoczęły sie przymiarki personalne. Już wiadomo, że trenerem będzie Maciej Milan, który prowadził w mijającym sezonie Znicz Jarosław, a wcześniej był asystentem trenera, gdy ten klub grał w ekstraklasie. Jest to dla niego powrót do rodzinnego miasta - kilka lat temu szkolił w Polonii grupy młodzieżowe. Dotychczasowy trener, Krzysztof Młot, będzie pomagać Milanowi w prowadzeniu drużyny. Ciekawe więc, jak z wyzwaniem, jakim będzie gra w pierwszej lidze, poradzi sobie dwójka młodych, trzydziestokilkuletnich szkoleniowców. W Polonii ma zostać podstawowa piątka z poprzedniego sezonu, wsparta trzema zawodnikami rozsypującego się Znicza, w tym mającym za sobą trzy sezony w ekstraklasie podkoszowym Arturem Mikołajką. Grę poprowadzić ma również grający na najwyższym szczeblu rozgrywek (w Stali Stalowa Wola) Paweł Pydych. Ponadto klub zamierza ściągnąć jeszcze jednego, może dwóch zawodników. Czas pokaże, na co stać ten zespół w pierwszej lidze.

Podsumowując - wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że po okresie zastoju i marazmu, pierwszy raz od 2002 roku koszykarze przemyskiej Polonii wystąpią na zapleczu ekstraklasy. I choć jest jeszcze bardzo daleko od tego, co działo się w latach 90-tych, gdy przez 6 sezonów Niedźwiadki występowały na najwyższym szczeblu, gdzie dwukrotnie sięgały po medale, a także występowały w europejskich pucharach, to, co obecnie dzieje się wokół przemyskiej koszykówki, może tylko cieszyć. Owszem, dzikie karty to kontrowersyjna forma promocji, ale skoro dopuszczalna regulaminem, to czemu z niej nie skorzystać? Oby wyniki sprawiły, że za kilka miesięcy nikt nie będzie wypominać awansu niejako kuchennymi drzwiami.


PS. Dla mnie obecny sezon przywołał wspomnienia. Pierwszy raz po sześciu latach byłem na meczu Niedźwiadków - najpierw dwa razy w Krakowie (wygrane z Cracovią i po dwóch dogrywkach z Wisłą), potem w marcu w Przemyślu. Przy okazji mogłem stwierdzić, że hala po remoncie jest o wiele bardziej funkcjonalna niż dawniej. To jeszcze jeden plus.


sobota, 28 maja 2011

Odeszła Wielka Koszykarka


Wiadomość o śmierci Małgorzaty Dydek poruszyła w ciagu ostatnich kilkunastu godzin  wiele osób, nie tylko tych z koszykarskiego środowiska. Odeszła jedna z najwybitniejszych, jesli nie najwybitniejsza zawodniczka w historii polskiej koszykówki. Absolutny fenomen, rozpoznawalna na całym świecie - i to nie tylko z uwagi na swój niebotyczny wzrost (214 cm, chociaż amerykańskie źródła podawały nawet 4 cm więcej). Przede wszystkim była świetną koszykarką, która odniosła wiele sukcesów.

Najpierw Małgosia, jako niespełna 20-latka z Olimpią Poznań zajęła trzecie miejsce w Pucharze Europy (odpowiednik obecnej Euroligi), pod wodzą Tomasza Herkta. Później grała we Francji i Hiszpanii w czołowych wówczas klubach europejskich. Powróciła do Polski, gdzie będąc centralną postacią drużyny z Gdyni (Polpharma, później Lotos) zdobyła siedem razy pod rząd tytuł mistrzyń Polski, a przede wszystkim dwukrotnie klubowe wicemistrzostwo Euroligi (2002 i 2004). Wcześniej, w 1999 roku, Małgosia w ogromnym stopniu przyczniła sie do zdobycia prowadzonej przez Herkta reprezentacji Polski tytułu mistrzyń Europy, rok później uczestniczyła w igrzyskach w Sydney. Przez wiele lat w okresie letnim grała także w WNBA, będąc czołową postacią w swoich drużynach, występowała w meczach gwiazd Wschód - Zachód. W 2005 roku występowała w rosyjskim Jekaterynburgu, w następnym sezonie w Walencji. Wówczas zakończyła europejski rozdział swojej kariery. W 2008 roku wystąpiła jeszcze w kilku meczach Los Angeles Sparks, a później nie zagrała już żadnego oficjalnego spotkania.

Małgosia jeszcze tego nie wiedziała, czasem wspominała o wznowieniu kariery. Jednak poświęciła się życiu rodzinnemu - wyszła za mąż za Australijczyka, mieszkali w Brisbane. Popularna Ptyś urodziła dwójkę dzieci, z trzecim była w ciąży. 19 maja świat obiegła bardzo niepokojąca wiadomość - Małgorzata Dydek miała atak serca, straciła przytomność, znajduje się w stanie śpiączki farmakologicznej. Szybko trafiła do szpitala, a lekarze zapewniali, że stan pacjentki jest pod kontrolą. Niestety, serce Małgosi przestało bić na zawsze 27 maja 2011 roku, niedługo po północy polskiego czasu. Miała zaledwie 37 lat...

Gdyby nie problemy ze zdrowiem, które doprowadziły do jej śmierci, całkiem możliwe, że Małgosia przyleciałaby do Polski na mistrzostwa Europy kobiet, rozpoczynające się 18 czerwca. Zapowiadano spotkanie wszystkich dwunastu pań, które w 1999 roku odniosły w Katowicach bezprecedensowy sukces, zostając najlepszą drużyną na kontynencie. Niestety, już w takim składzie nigdy się nie spotkają... Ptysia bardzo ciepło wspomina wiele osób, które zetknęły się z nim na parkiecie, choćby jej koleżanki z reprezentacji Polski. Wniosek jest jeden - to była nie tylko świetna sportsmenka, ale i bardzo sympatyczna, lubiana przez wszystkich osoba. Pomimo możliwości zdobycia kilku koszykarskich trofeów, zdecydowała się poświęcić czas rodzinie. Wartość dzisiaj obecnie coraz rzadsza, ale jakże cenna.

4 maja 2005 roku Małgosia po raz ostatni wystąpiła w polskiej ekstraklasie koszykarek - Lotos Gdynia wygrał wówczas w Krakowie z Wisłą Can Pack, zwyciężając tym samym w całej finałowej rywalizacji. Tak się składa, że wówczas po raz pierwszy pojawiłem się na meczu kobiecej koszykówki. Oprócz stawki spotkania, argumentem przemawiającym za tą decyzją była chęć zobaczenia "na żywo" jednej z najlepszych zawodniczek w historii polskiego basketu. To taka moja mała osobista refleksja dotycząca Małgorzaty Dydek.


Niewątpliwie Jej niespodziewana śmierć to wielka strata dla całej koszykówki i sportu w ogóle...




niedziela, 22 maja 2011

Kadrowa ewolucja


Już trzy dni po triumfie w PLKK zakomunikowano, że Wisła Kraków przedłużyła o kolejny rok kontrakty z trenerem Jose Ignacio Hernandezem i jego asystentem Jordi Aragonesem. Niewątpliwie jest to duży sukces działaczy klubu z Reymonta, a do tego gwarancja stabilizacji. Hernandez wyciagnął wnioski po wcześniejszym sezonie, gdzie w rozgrywkach ligowych wiślaczki zajęły dopiero piąte miejsce, za bardzo koncentrując się na Eurolidze. W mijającym sezonie nie było wątpliwości, że to właśnie krakowianki mają najlepszy zespół w PLKK. Poza tym ćwierćfinał Euroligi jest potwierdzeniem pozycji na arenie europejskiej. Już za miesiąc hiszpański trener poprowadzi reprezentację swojego kraju na mistrzostwach Europy rozgrywanych w Polsce, gdzie w fazie grupowej zmierzy się właśnie z Polkami.

W kolejnych tygodniach nadchodziły informacje o zawodniczkach przedłużających umowy na przyszły sezon. Pozostają reprezentantki Polski - Ewelina Kobryn, Paulina Pawlak, Katarzyna Krężel, a także Erin Phillips, Nicole Powell i Jelena Lewczenko. Można powiedzieć, że władzom klubu w pełni powiodły się wcześniejsze założenia - te właśnie zawodniczki mają stanowić trzon zespołu w sezonie 2011/12. Podpisano także nowy kontrakt z Magdaleną Leciejewską, jednak w jej przypadku sprawa jest bardziej skomplikowana. Z powodu poważnej kontuzji straci ona nie tylko Eurobasket, ale i całą pierwszą część sezonu. Poza tym nieznana jest przyszłość Mai Vucurović. Co prawda ma ona jeszcze ważny przez rok kontrakt, ale nie da się ukryć, że najlepiej dla młodej Serbki byłoby trafić do klubu, w którym miałaby więcej możliwości gry. Poza tym w mogłaby zwyczajnie nie mieścić się w meczowym składzie z uwagi na obecność w kadrze sześciu innych zawodniczek zagranicznych, podczas gdy właśnie sześć może występować w PLKK.

Z zespołu odeszły natomiast Andja Jelavić i Gunta Basko. Ta pierwsza zdecydowanie nie spełniła oczekiwań - jako rozgrywająca miała rozsądnie kreować grę, współpracować z podkoszowymi zawodniczkami, a wprowadzała wiele chaosu w poczynania wiślaczek. Wobec słabszej postawy, w drugiej części sezonu grała już zdecydowanie mniej. Inna sprawa, że już samo sprowadzenie Chorwatki do Krakowa było kontrowersyjne, bo przecież jej styl gry był znany, a zachwycanie się faktem, że w sezonie 2009/10 miała najlepszą średnią asyst w Eurolidze - mocno na wyrost. Natomiast doświadczona Łotyszka być może zostałaby w Wiśle na kolejny sezon, ale zamierza zawiesić swoją karierę i urodzić dziecko. Na pewno jej dalsza gra w krakowskim klubie była bardziej prawdopodobna niż Jelavić, chociaż także od Basko oczekiwano lepszej postawy. Wpływ na jej dyspozycję miala kontuzja, która wyeliminowała ją z gry na blisko dwa miesiące.

Działacze Wisły nie próżnowali i szybko podpisali kontrakty z nowymi zawodniczkami. Najpierw została zaangażowana 32-letnia Belgijka Anke De Mondt - nominalna "dwójka", która może grać także jako niska skrzydłowa, a nawet rozgrywająca. Poprzednich kilka sezonów spędziła w Salamance, zatem jest aktualną mistrzynią Euroligi. Nie była tam pierwszoplanową postacią, jednak w meczach ćwierćfinałowych mocno dala się we znaki wiślaczkom, znacznie ograniczając poczynania Phillips. W ekipie prowadzonej przez doskonale jej znanego trenera będzie zapewne specjalistką od defensywy, wcielając sie od czasu do czasu w rolę punktującej zawodniczki. W kwestii rozgrywającej było sporo spekulacji, ale prawie nikt nie spodziewał się, że do Krakowa trafi 22-letnia Ana Dabović. Mimo młodego wieku Serbka jest juz znana w Europie, w zeszłym sezonie notowała bardzo dobre statystyki w FIBA Cup w barwach Dynama Nowosybirsk. Jest dość wysoka jak na "jedynkę" (180 cm), może grać także jako rzucający obrońca. Szybka i dynamiczna, zdobywająca wiele punktów (najwyższa średnia w FIBA Cup), powinna wnieść sporo ożywienia do Wisły i być pewniejszym punktem zespołu nż chimeryczna Jelavić.

Ponieważ Leciejewska wróci do gry dopiero w połowie sezonu i nie wiadomo, w jakiej będzie formie, koniecznością stało się zaangażowanie zawodniczki na pozycje 4-5. W najbliższych dniach ma zapaść bardzo oczekiwana przez wszystkie kluby decyzja PLKK (wcześniej podobno było to niemożliwe...) - ile zawodniczek z polskim paszportem ma przez cały czas przebywać na parkiecie. Dotąd były to dwie, a teraz jest dość prawdopodobne, że będzie musiała tylko jedna. W takiej sytuacji nie miałaby specjalnego znaczenia narodowość tej podkoszowej zawodniczki. Wiele wskazuje na to, że będzie nią reprezentantka Czarnogóry, Milka Bjelica, w poprzednim sezonie występująca w Lotosie Gdynia. Jeśli ten transfer dojdzie do skutku, powinna być bardzo cennym uzupełnieniem duetu Kobryn - Lewczenko. Na pewno też posiadanie większej - po powrocie Leciejewskiej - liczby podkoszowych będzie istotne w kontekście rozgrywek ligowych, bo właśnie na pozycjach 4-5 wyraźne wzmocnienia poczyniono w Polkowicach.


Posumowując - koszykarki Wisły w przyszłym sezonie na pewno nie będą mieć słabszego składu, a wręcz należy sądzić, że jest silniejszy. Ważne też, że w pozostałych klubach ekstraklasy przymiarki do składu w nowych rozgrywkach dopiero trwają, a w Krakowie jest on praktycznie zapięty na ostatni guzik.




PS. Aktualizacja danych: 23 maja klub poinformował, że w przyszłym sezonie w Wiśle będzie występować - zgodnie z wcześniejszymi nieoficjalnymi informacjami - Milka Bjelica. Wielkim zaskoczeniem (chociaż czy na pewno?) jest natomiast to, że w Krakowie nie zagra już Lewczenko, która już po podpisaniu nowego kontraktu otrzymała ofertę z innego klubu spoza Polski i wyraziła dużą chęć jej przyjęcia. Wiele to świadczy o jej profesjonalizmie, a raczej braku takowego... W zamian zatrudniona została 31-letnia węgierska środkowa, Petra Ujhelyi, której styl gry i osiągnięcia, zwłaszcza w porównaniu do Białorusinki - delikatnie mówiąc - nie rzucają na kolana. Poinformowano także o zatrudnieniu w najbliższym czasie polskiej zawodniczki (prawdopodobnie także podkoszowej). Ta informacja każe nieco zrewidować wcześniejsze ambitne plany dotyczące awansu do najlepszej ósemki Euroligi, lecz cóż - z niewolnika nie ma pracownika... W tej sytuacji trudno mówić o ewolucji w składzie, chociaż rewolucji także nie ma.

Także 23 maja poinformowano o decyzji władz ligi, zgodnie z którą w przyszłym sezonie na parkiecie w rozgrywkach PLKK będzie musiała przebywać przez cały mecz tylko jedna zawodniczka z polskim paszportem.




wtorek, 17 maja 2011

Biała Gwiazda po raz trzynasty


Kilkadziesiąt godzin temu w ślady koszykarek Wisły poszli piłkarze. Dzięki zwycięstwu w krakowskich derbach zdobyli trzysnasty tytuł mitrza Polski w historii.

Sam mecz nie należał do najciekawszych, ale cel uświęca środki. Dla wiślaków wygrana oznaczała 10 pkt przewagi nad drugim w tabeli Śląskiem Wrocław, zatem różnicę gwarantującą tytuł na trzy kolejki przed końcem rozgrywek. Cracovia dramatycznie broni się przed spadkiem - co prawda po wygranej w poprzedniej kolejce w arcyważnym meczu w Bytomiu z Polonią oraz sobotnich porażkach Arki i wlaśnie Polonii sytuacja Pasów w tej heroicznej walce wyglądała lepiej niż ktokolwiek mógłby niedawno przypuszczać, to przynajmniej punkt zdobyty na stadionie odwiecznego rywala byłby bezcenny. Nikogo nie trzeba było więc motywować do walki, ale wydaje się, że obie ekipy były zbyt spięte stawką spotkania. W pierwszej połowie było to szczególnie widać po postawie Cracovii. To Wisła miała zdecydowaną przewagę w pierwszych dwóch kwadransach, co podkreśliła efektownym golem Maora Meliksona. W drugiej połowie gra się wyrównała, goście poczuli swoją szansę, a wiślacy grali zbyt asekuracyjnie. Robert Maaskant przyznał na konferencji prasowej, że był to jeden z najgorszych meczów jego ekipy. Tak czy inaczej, po końcowym gwizdku sędziego radości wśród piłkarzy, sztabu szkoleniowego, działaczu i oczywiście kibiców nie było końca.
 
Teraz przed wiślakami kolejny prestiżowy mecz - już w sobotę zagrają w Warszawie z Legią. Oprócz niewątpliwych emocji, jakie zawsze towarzyszą spotkaniom tych ekip, jest jeszcze podtekst personalny, bo przecież przez poprzednie trzy sezony to obecny trener Legii, Maciej Skorża prowadził zespół z Reymonta. W listopadzie Wisła rozbiła stołeczną drużynę 4:0. Jak będzie tym razem?
 

Po zakończonym sezonie przyjdzie pora na szersze podsumowanie. A na razie: jazda jazda jazda Biała Gwiazda!!!



niedziela, 8 maja 2011

Zrealizowany cel


Koszykarki Wisły Can Pack Kraków zdobyły tytuł mistrzyń Polski, pokonując w finale play off zespół CCC Polkowice. Ten fakt jest już znany od blisko trzech tygodni, więc pora na podsumowanie tego sezonu w wykonaniu wiślaczek.

Z punktu widzenia statystycznego, wyższość wiślaczek nad pozostałymi drużynami była bezdyskusyjna. W sezonie zasadniczym wygrały 22 z 24 meczów, a w play off doznały tylko jednej porażki w dziewięciu spotkaniach. Łącznie zatem odniosły 30 zwycięstwa w 33 meczach. Wobec tego, spełniły się przewidywania większości kibiców i fachowców, którzy przed sezonem wymieniali Wisłę jako głównego kandydata do zdobycia tytułu.

Ekipa Jose Ignacio Hernandeza wystartowała do play off z pierwszego miejsca - miała zatem w kolejnych fazach atut własnego parkietu. W pierwszej rundzie bez żadnych problemów dwukrotnie ograła Tęczę Super-Pol Leszno.

Trudniejsza przeprawa była w półfnale. Na drodze wiślaczek stanęła bowiem ekipa Lotosu Gdynia. Wprawdzie w pierwszej części rozgrywek gdynianki spisywały się znacznie poniżej możliwości, ale od stycznia - po pewnych przetasowaniach kadrowych - ta drużyna była nie do poznania. Przede wszystkim za sprawą nowego trenera, Georgiosa Dikeoulakosa, Lotos wygrał 12 meczów ligowych pod rząd, do tego sięgnął po Puchar Polski (w tych rozgrywkach Wisła odpadła w półfinale po porażce z Energą Toruń), więc nic dziwnego, że mecze półfinałowe zapowiadały się bardzo ciekawie. W pierwszym spotkaniu gdynianki długo stawiały opór, ale w czwartej kwarcie, grając praktycznie szóstką zawodniczek, nie wytrzymały narzuconego tempa i to wiślaczki wygrały 74:59. Następnego dnia Lotos postawił jeszcze trudniejsze warunki, prowadząc do przerwy różnicą 6 pkt. Dopiero w ostatnich minutach Wisła - głównie dzięki świetnej defensywie - dosłownie wydarła zwycięstwo (63:57). W trzecim meczu wyższość wiślaczek nie podlegała już dyskusji, co przyniosło pewna wygraną 90:72. Warto zwrócić uwagę na ilość zdobytych punktów, co dotąd w meczach o stawkę w PLKK czy Eurolidze w tym sezonie krakowiankom się nie zdarzyło.

Drugi finalista został wyłoniony dopiero po dogrywce w piątym meczu - została nim druzyna CCC Polkowice, dla której ten awans był już największym osiągnięciem w historii klubu. Wyglądało na to, że zmęczenie, a zarazem pewne zadowolenie tym sukcesem ekipy Krzysztofa Koziorowicza dają jeszcze więcej szans Wiśle, która przecież i tak posiadała już więcej atutów. Tymczasem w ostatnich dniach przed pierwszym meczem finału - najrówniej grająca w meczach przeciwko Lotosowi - Ewelina Kobryn złamała na treningu mały palec prawej ręki, a dzień po tym zdarzeniu Magdalena Leciejewska doznała poważnego urazu kolana, po którym niezbędna okazała się operacja. Nie dość, że obydwie są zawodniczkami podkoszowymi, to na dodatek Polki, co uwzględniając regulamin rozgrywek PLKK (obowiązkowo dwie Polki równocześnie na parkiecie) ogromnie komplikowało sytuację kadrową Wisły...

Jednak w pierwszym meczu finału, 8 kwietnia, w hali przy ul. Reymonta istniała tylko Wisła. Dość powiedzieć, że niedługo przed przerwą wynik brzmiał 44:15. W drugiej połowie wiślaczki uspokoiły tempo gry, ale nawet na moment nie pozostawiły wątpliwości, kto tego dnia był lepszy. Wynik 70:52 nie oddaje do końca wydarzeń na parkiecie. 20 pkt i 12 zbiórek Jeleny Lewczenko uczyniły z niej bohaterkę meczu.

Następnego dnia odbył się mecz numer 2 finału, który był dużo bardziej zacięty. Do przerwy prowadzenie Wisły różnicą 4 pkt, ale w trzeciej kwarcie to ekipa z Polkowic, głównie dzięki Amishy Carter, wyszła na prowadzenie. Potem jednak nastąpił zryw Pauliny Pawlak i Nicole Powell. Gdy w połowie czwartej kwarty przewaga wynosiła już 14 pkt, było niemal pewne, że już niewiele może się zmienić. Wygrana 64:52 sprawiła, że ekipa trenera Hernandeza była już tylko o krok o zdobycia tytułu. Znowu double double (20 pkt i 10 zbiórek) zaliczyła Lewczenko.


Wielu kibicom w Krakowie wydawało się, że wyjazd do Polkowic będzie formalnością i finał skończy się gładkim 3:0. Tak się jednak nie stało. Ekipa CCC w trzecim meczu zagrała jeszcze lepiej niż w poprzednim starciu, a wiślaczki nieco zawiodły, może będąc zbyt pewne wygranej. W drużynie z Polkowic szczególnie trudny do zatrzymania był amerykański duet Zoll - Carter. Co prawda Wiśle udało się odrobić 8-punktową stratę z pierwszej połowy, ale w czwartej kwarcie nie starczyło sił i ostatecznie to CCC wygrało 67:58.

Nazajutrz, 16 kwietnia, wiślaczki były bardziej skoncentrowane. Do przerwy prowadziły różnicą 7 pkt, a momentami ta przewaga była nawet jeszcze wyższa. Gdy wydawało się, że kontrolują już sytuację na boisku, zawodniczki CCC zaczęły pościg, aż w końcu doszło do drmatycznej końcówki. Jeszcze na 55 sek. przed końcem krakowianki prowadziły 52:46, ale już nie zdobyły nawet punktu. Przy stanie 52:50, w ostatnich sekundach dwie próby zawodniczek CCC z bliskiej odleglości od kosza nie doszły celu i to koszykarki Wisły mogły cieszyć sie ze zdobycia tytułu mistrzyn Polski! Najlepszą zawodniczką tego meczu była ponownie Lewczenko (13 pkt i 14 zbiórek), zatem dla nikogo nie było zaskoczeniem, że to właśnie białoruska środkowa została uznana MVP całej finałowej rywalizacji. Wielkie brawa należą sie jednak także Ewelinie Kobryn, która nie była już tak silnym punktem drużyny jak w meczach półfinałowych, ale grała ze złamanym palcem prawej ręki, wykazując się ogromnym hartem ducha. Już wkrótce zadebiutuje w lidze WNBA, w barwach New York Liberty, zatem również za Oceanem będzie klubową koleżanką Nicole Powell.





Wiadomo już wstępnie, które koszykarki pozostaną w Wiśle w przyszłym sezonie, a także znane są dwa nazwiska w rubrykach "przybyły" i "odeszły". Najważniejsza jednak wiadomość jest taka, że duet Jose Ignacio Hernandez - Jordi Aragones poprowadzi zespół także w przyszłym sezonie. Podpisanie nowego kontraktu z tak uznanym w Europie fachowcem jak Hernandez to dobry ruch działaczy Wisły, a zarazem ich duży sukces.

piątek, 15 kwietnia 2011

Rocznica


W niedzielę w całym kraju pamiętano o pierwszej rocznicy katastrofy pod Smoleńskiem. To wręcz oczywiste, bo przecież rozmiary tej tragedii - i te ilościowe, i symboliczne - są ogromne. Państwo straciło bezpowrotnie wielu wyjątkowych ludzi, pełniących najważniejsze funkcje. Para prezydencka, ministrowie w Kancelarii Prezydenta, posłowie i senatorowie, najwyżsi rangą dowódcy wojskowi, Rzecznik Praw Obywatelskich, prezes Narodowego Banku Polskiego - to najważniejsze z osób znajdujących się na pokładzie Tupolewa, który rozbił się podchodząc do lądowania na lotnisku w Smoleńsku. Wielka żałoba, która ogarnęła cały kraj, dawała nadzieję, że ta tragedia zjednoczy spierających się polityków, a życie publiczne stanie się spokojniejsze.

Czy tak się stało? Po roku można powiedzieć krótko i z dużą pewnością: nie!

Pierwsze tygodnie były pod tym wzgledem obiecujące. Nastrój wyciszenia, jaki dominował podczas kampanii prezydenckiej, dawał nadzieję, że nikt już nie będzie wykorzystywać katastrofy do celów politycznych. Mylne to byly oczekiwania. Nazajutrz po drugiej turze wyborów Jarosław Kaczyński w swoim stylu udowodnił, że zmiana jego politycznego image podczas kampanii była wyłącznie liftingiem obliczonym na pozyskanie wyborców. Co było dalej - szkoda przypominać. Ciągłe oskarzenia polityków PiS i rodzin niektórych ofiar pod adresem rządu, prokuratorów, Rosji, snucie najbardziej niewyobrażalnych teorii i domysłów, m. in. przez parlamentarny zespół pod kierownictwem Antoniego Macierewicza - to tylko kilka przykładów...

Wraz ze zbliżającą się rocznicą katastrofy rosło napięcie. Kulminacja była w niedzielę. Czy politykom PiS tego smutnego dnia towarzyszyła głeboka refleksja i zaduma? Wydaje się, że po raz kolejny chcieli zabłysnąć przed kamerami. Cóż, kampania do wyborów parlamentarnych startuje na dobre już za kilka tygodni - a może już wystartowała... Jarosław Kaczyński cytował poezję Zbigniewa Herberta, opowiadając "o zdradzonych o świcie", posłowie pod Pałacem Prezydenckim starli się z policją i strażą miejską, zachowujac się niemal jak kibole. Te fakty były szczegółowo opisywane w ostatnich dniach przez media, włącznie z protestem wdowy po Herbercie, uważającej, że Kaczyński nie ma prawa wykorzystywać jego twórczości dla własnych politycznych interesów. W największe osłupienie wprawiło mnie jednak mniej nagłaśniane wieczorne przemówienie lidera PiS, z którego wynikają niezbyt optymistyczne wnioski. Tu już nie chodzi o kłótnie i spory, ale pranie mózgów "wiernych" wręcz na wzór ustrojów totalitarnych czy sekt, przejawiające się choćby podważaniem uprawnień demokratycznie wybranych władz państwowych. O tym, że jest to bardzo niebezpieczne, nie trzeba przekonywać chyba nikogo zdrowo myślącego. Przepraszam, zdrowo myśli i prawdziwym Polakiem jest tylko ten, kto ślepo wierzy w ideologię PiS. Więc chyba ze mną jest coś nie tak...


Dzielenie Polaków przy wykorzystaniu symboliki katastrofy smoleńskiej idzie działaczom PiS świetnie. Znacznie gorzej jest z ich poczuciem realizmu i odpowiedzialności za państwo...



środa, 30 marca 2011

Politycy w akcji


Co prawda do wyborów parlamentarnych pozostało jeszcze około 7 miesięcy, ale jeśli tylko ktoś spojrzy na czołowe newsy ostatnich dni, tygodni i miesięcy, nabrałby przekonania, że obywatele pofatygują się do urn o wiele szybciej. W pomysłach, które mają skłonić do oddania głosu ścigają się partie rządzące i partie opozycyjne. Byleby jeszcze choć trochę tych pomysłów miało sens...

W zeszłym tygodniu lawinę komentarzy wywołało pojawienie się Jarosława Kaczyńskiego w sklepie w błysku "przypadkowo" znajdująjących się tam dziesiątek kamer i fleszy. W towarzystwie innej posłanki PiS (nota bene - pakowała potem wszystko i dźwigała...) próbował przekonać obywateli, że wszystkie produkty za rządów Donalda Tuska radykalnie podrożały. Do historii jako zdecydowanie nie oddające rzeczywistości przejdzie stwierdzenie, że za wszystkie produkty zapłacił 55 zł, a w czasach, gdy był premierem, kosztowały nie więcej niż 24 zł. Okazało się, że w sklepie znajdującym się w centrum Warszawy panowała drożyzna w stosunku do cen w innych podobnych przybytkach, choćby Biedronki, którą Kaczyński określił jako sklep dla najbiedniejszych. Tą wypowiedzią zdobył sobie niekłamaną "sympatię" sporej rzeszy Polaków, którzy robią zakupy w marketach tej firmy. Kolejny raz dowiódł, że żyje jakby oderwany od rzeczywistości, nie mając zbyt dużego pojęcia o faktycznych problemach swoich rodaków.

Rząd intensywnie pracuje nad reformą przepisów o otwartych funduszach emerytalnych, które sprawiłyby, że składka przechodząca do OFE byłaby ponad 2 razy niższa niż dotychczas, za to więcej środków poszłoby na ZUS. Temat był przedmiotem debaty ministra finansów Jacka Rostowskiego z Leszkiem Balcerowiczem, gorąco krytykującym to rozwiązanie. Transmitowana w TVP1 debata była przesadnie nudna i "naukowa" dla laików, a zbyt mocno oparta na sloganach dla fachowców. Wydaje się, że Balcerowicz w pewnym stopniu broni reformy, którą sam przygotował pod koniec lat 90-tych zeszłego stulecia jako minister finansów. Jednak z drugiej strony jego argumenty są cokolwiek logiczne. Rząd rozpaczliwie poszukuje pieniędzy, które zwiększyłyby budżet państwa. Najpierw było podwyższenie VAT do 23%, a teraz planowane zmiany w OFE. Pieniędzy byłoby "trochę" więcej, gdyby nie obniżenie podatków najbogatszym, co przyniosło zmniejszenie wpływów do budżetu o grube miliardy. Ale o tym lepiej premierowi i ministrom nie przypominać... Skutkiem tych zabiegów może być legislacyjny bubel, bo tak mówią najtęższe prawnicze umysły o przygotowywanej w ekspresowym tempie nowelizacji, podkreślając, że stoi on w zdecydowanej sprzeczności z kilkoma konstytucyjnymi zasadami.

Te dwa przykłady wystarczą, aby uznać, że kampania wyborcza już trwa - w zasadzie permanentnie, bo nie wiadomo, kiedy się zaczęła. Można byłoby jeszcze przecież wspomnieć o próbie uświadomienia urzędnikom, poprzez ustawę, żeby znali swoje miejsce w szeregu i bali się kar w przypadku popełnionych błędów, wysiłkach PJN, mających na celu udowodnienie na każdym kroku, że ta partia różni się czymś od PiS,  różnych wygłupach Palikota, który chce w jak najbardziej dziwaczny sposób przyciągnąć do siebie wyborców. Również szef SLD niemal wszędzie podkreśla, jak byłoby wspaniale, gdyby miał on udział w rządzeniu.

Z jednej strony takie akcje propagandowe i działania "pod wybory" występują na całym świecie, więc Polska nie jest wyjątkiem. Trzeba jednak odróżnić rzeczywiste intencje od tych sztucznych, które mają na celu przyciągnięcie wyborców poprzez kilka chwytów marketingowych, bez oglądania się na możliwe konsekwencje takich posunięć.


 

poniedziałek, 28 lutego 2011

Pożegnanie z Euroligą


W piątek koszykarki Wisły Can Pack przegrały z Halcon Avenida Salamanca i odpadły z rozgrywek Euroligi. Nie dane było im więc powtórzyć ubiegłoroczne osiągnięcie, gdy awansowały do prestiżowego Final Four. Czy jednak w tej sytuacji można mówić o jakiejś porażce czy regresie? Nie wydaje mi się.

Jak wspominałem kilka tygodni temu - głównym celem zespołu w tym sezonie jest odzyskanie tytułu mistrza Polski. Sukces w Eurolidze byłby oczywiście mile widziany, jednak nie był tak powszechnie oczekiwany. Dlatego też awans do ćwierćfinału tych rozgrywek przyjęto w Krakowie z dużą radością, mając jednocześnie świadomość, że kolejna przeszkoda jest jeszcze trudniejsza niż Nadieżda Orenburg, choćby z racji atutu własnej hali, jaki posiadały Hiszpanki.

Już pierwszy mecz - we wtorek 22 lutego - pokazał, że poza tym  faktem mają w swoim składzie kilka wysokiej klasy zawodniczek. Pierwsza kwarta, wygrana różnicą 4 pkt, dawała jeszcze wiślaczkom nadzieję na wygraną, ale w kolejnej części gry dostały surową lekcję - wynik 14:34 mówi wszystko. W drugiej połowie Salamanca kontrolowała sytuację na parkiecie i w pełni zasłużenie wygrała 87:70.

Oczekiwano, że trzy dni później ekipa doskonale w Salamance znanego i popularnego Jose Ignacio Hernandeza wzniesie się na wyżyny swoich umiejętności i będzie w stanie doprowadzić do decydującego meczu w Hiszpanii. Tak się jednak nie stało. Od początku zarysowała się przewaga Salamanki, wynosząca w drugiej kwarcie już 14 pkt. Końcówka pierwszej połowy to lepsza gra wiślaczek, które nadrobiły część dystansu. Również w trzeciej kwarcie dzielnie stawiały czoła rywalkom i gdy przegrywały 38:43, nastąpił totalny regres. Do końca ćwiartki zdobyły tylko 2 pkt, tracąc 14. Początek czwartej kwarty to dalsze powiększanie przewagi przez Hiszpanki. Końcówka nie miała już zatem żadnego znaczenia. Porażka 60:72 stała się faktem.

W tym miejscu trzeba jednak podkreślić klasę rywalek. Takie zawodniczki, jak Erica De Souza, Sancho Lytlle czy Alba Torrens z pewnością należą do ścisłej czołówki spośród wszystkich grających w tym sezonie Euroligi. Do tego świetnie w obydwu meczach przeciwko Wiśle wypadła zawodniczka z drugiego planu - Anke De Mondt. Wydaje się, że Salamanca posiada nieco mocniejszy skład niż w poprzednim sezonie, gdy dwukrotnie uległa w fazie grupowej Euroligi drużynie z Krakowa. Wówczas były to zacięte mecze, a teraz wygrane Hiszpanek nie podlegały żadnej dyskusji. Czy zatem Wisła zrobiła krok wstecz? Tak mogłoby się wydawać, bo przecież występy w Eurolidze zakończyła we wcześniejszej fazie. Jednak w poprzednim sezonie wiślaczkom na europejskich parkietach udawało się niemal wszystko, a w obecnym przytrafiły się dwie przykre wpadki, które rzutowały potem na rozstawienie przed play off. Bezsensowne jest gdybanie, czy byłyby inne wyniki, jeśli występowałyby wówczas Nicole Powell i Jelena Lewczenko.
Faktem jest, że ich obecność w składzie sprawiła, że Wisła nie tylko planowo pokonała w Rydze zespół TTT, ale także tydzień później wygrała ciężki mecz w Koszycach, gdzie przegrywała jeszcze na 5 minut do końca różnicą 8 pkt. Te wyniki sprawiły, że wiślaczki rzutem na taśmę zapewniły sobie atut własnego parkietu w pierwszej rundzie play off, będąc rozstawione na szóstym miejscu. W tej fazie rozgrywek przyszło im jednak zetknąć się z rywalem chyba mocniejszym pod względem potencjału kadrowego - Nadieżdą Orenburg. W składzie rosyjskiej drużyny są takie indywidualności jak Tina Charles, Becky Hammon, Anastazja Weramiejenko, Shameka Christon czy Ludmiła Sapowa. Pierwszy mecz był prawdziwym horrorem - wiślaczki dały sobie wyrwać w ostatnich minutach 12-punktowe prowadzenie i doszło do dogrywki, jednak w niej wykazały więcej zimnej krwi., wygrywając 75:70. Wielu obserwatorów spodziewało się powrotu rywalizacji do Krakowa na decydujący mecz. Wskazywała na to też pierwsza kwarta meczu w Orenburgu. Jednak później ekipa Hernandeza odrobiła straty. Przed czwartą kwartą Nadieżda miała tylko 1 pkt przewagi. Wtedy popis gry dały Erin Phillips, Powell oraz nieoczekiwanie Paulina Pawlak. Australijka zdobyła 22 pkt, trafiając 6 na 7 rzutów za 3 pkt! Cały zespół trafił z dystansu 11 rzutów na 21 oddanych i ta dobra skuteczność była jednym z kluczy do wygranej. Na pewno trenerzy Wisły dobrze odrobili taktyczną lekcję. Tak więc z awansu do najlepszej ósemki Euroligi można było cieszyć się bez konieczności rozgrywania trzeciego meczu.

Przed rywalizacją z Salamanką spodziewano się, że hiszpański sztab szkoleniowy podobnie jak w poprzednim sezonie znajdzie skuteczną receptę na doskonale sobie znaną (chociaż już w zmienionym zestawieniu) drużynę.  Tak się jednak nie stało. Wydaje się, że z kilku przyczyn przygotowanie do meczów z Salamanką nie było optymalne, a na pewno nie tak dobre, jak do potyczek z Nadieżdą.

Czego zabrakło Wiśle? Przede wszystkim zdrowia, zgrania i wiary we własne możliwości. Po meczach z Nadieżdą przez dwa tygodnie w zasadzie nie trenowała z powodu grypy Lewczenko. Na treningu 10 lutego Powell uszkodziła staw skokowy, wskutek czego nie wystąpiła w meczach ligowych w Gdyni i Gorzowie, a ten niezaleczony uraz doskwierał jej w pojedynkach z Salamanką. Poza tym na drobniejsze urazy narzekały Phillips i Ewelina Kobryn. Jednym słowem - wszystkie kluczowe dla Wisły zawodniczki nie były w pełni sprawne. Istotny był także zmiany kadrowe na początku roku. Odejście dwóch zawodniczek (oprócz Janell Burse również Dorota Gburczyk-Sikora spodziewa się dziecka) i przyjście dwóch nowych, a także powrót po kontuzji Gunty Basko sprawiły, że drużyna miała inne oblicze niż jeszcze w grudniu. Personalnie na pewno silniejsza, ale szkoda, że nie było możliwości gry w takim zestawieniu od początku sezonu. Wówczas na pewno byłaby większa szansa ogrania Salamanki. Wobec tych okoliczności, a także dobrego rozszyfrowania atutów Wisły przez sztab trenerski hiszpańskiej drużyny, zabrakło pewności siebie, zadziorności. W meczu w Krakowie nie było też odpowiedniego wsparcia ze strony publiczności - oczywiście był doping, ale atmosfera cokolwiek odbiegała choćby od tej sprzed roku, gdy Wisła walczyła o Final Four z Frisco Sika Brno, czy nawet z meczu z Nadieżdą.

Na pewno mniej przyjemnie byłoby przegrać dwukrotnie po zaciętych końcówkach niż w sytuacji, gdy gołym okiem widać, że było się słabszym. Poza tym co w kwestii braku awansu do Final Four mają powiedzieć kibice Fenerbahce Stambuł? Zgromadzono tam prawdziwy dream team, bilans 10-0 w fazie grupowej mówił wszystko o sile tej ekipy i jej aspiracjach. Tymczasem w ćwierćfinale dwukrotnie lepsze okazały się  zawodniczki Spartaka Moskwa - triumfatora Euroligi w poprzednich czterech sezonach, ale w obecnym zawirowania kadrowe i organizacyjne sprawiły, że ten zespół przystąpił do play off dopiero z ósmego miejsca. Faworytki ze Stambułu zostały dotkliwie pobite - porażki różnicą 8 i 18 pkt dobrze o tym świadczą. Tak więc w play off można stracić bardzo wiele, a wiślaczki nie straciły nic, bo startowały do tej fazy z szóstego miejsca i zakończyły rywalizację w ćwierćfinale.

W PLKK Wisła wygrała w styczniu bez większych problemów pięć meczów. W lutym była przerwa z powodu pokazowego meczu: reprezentacja Polski - gwiazdy PLKK. Następnie wiślaczki bez Powell i Lewczenko przegrały w Gdyni z wyraźnie odradzającym się Lotosem. Trzy dni później kolejny trudny wyjazd - tym razem zagrała już Lewczenko, która stanęła przeciwko swojemu byłemu klubowi, czyli AZS Gorzów. Wygrana Wisły 68:57 stanowiła zarazem rewanż za listopadową porażkę na własnym parkiecie. 

Na trzy kolejki przed końcem pewne jest, że ekipa Hernandeza będzie przed play off polskiej ligi na pierwszym albo drugim miejscu. O wszystkim zdecyduje mecz w najbliższą środę z mającym tyle samo wygranych CCC Polkowice. Już w najbliższy weekend właśnie w Polkowicach odbędzie się turniej finałowy o Puchar Polski. 8 marca w Gdyni odbędzie się Mecz Gwiazd Euroligi, w którym wystąpią Kobryn i Lewczenko. W kolejnych czterech dniach dwa ostatnie mecze sezonu zasadniczego PLKK (wyjazdy do Lidera Pruszków i Widzewa Łódź), a już 16 marca zaczyna się play off. 


Trzeba wierzyć w to, że koszykarki Wisły podołają tym wszystkim trudom i w kwietniu sprawią radość wszystkim kibicom, odzyskując tytuł mistrzyń Polski.




wtorek, 22 lutego 2011

Wiślacy przed rundą wiosenną


W piątek meczem z Arką w Gdyni piłkarze krakowskiej Wisły zainaugurują swoje występy w rundzie wiosennej ekstraklasy. Walka o tytuł zapowiada się bardzo ciekawie, zwłaszcza że władze klubu postarały się o odpowiednie transfery.

Najpierw jednak - na przełomie grudnia i stycznia - do kibiców Białej Gwiazdy dotarły niepokojące wieści. Trabzonspor - lider ekstraklasy tureckiej - skusił swoją ofertą braci Brożków. Zwłaszcza brak Pawła wydawał się być trudną do uzupełnienia stratą, biorąc pod uwagę ilość zdobywanych przez niego bramek. W barwach Wisły rozegrał 178 meczów w ekstraklasie, w których strzelił 81 goli, dwukrotnie zdobywając tytuł króla strzelców. Także odejście Piotra, który był już powoływany do pierwszej reprezentacji, wydawało się osłabieniem. Jednak należało zwrócić też uwagę, że obaj bracia mieli duży wpływ na atmosferę w drużynie, nieraz niekoniecznie w dobrym tego słowa znaczeniu. Poza tym dla Pawła nie była to pierwsza oferta z zagranicy, dlatego też klub nie chciał trzymać go na siłę. Także do klubu tureckiego na początku stycznia odszedł Mariusz Pawełek, co oznaczało konieczność poszukiwań nowego bramkarza. Niełatwe zadanie, z uwagi na świetną postawę w rundzie jesiennej wcześniej bardzo krytykowanego Pawełka. Natomiast Cleber zdecydował się zakończyć karierę - i tak miał to uczynić, ale decyzję przyspieszyła jeszcze kontuzja odniesiona w meczu z Lechem. Brazylijczyk pozostał w Krakowie i będzie jednym ze współpracowników klubu, szukającym młodych talentów w swojej ojczyźnie, a trenujący w szkółce Wisły jego syn może wkrótce otrzymać polskie obywatelstwo, dzięki czemu być może w przyszłości wystąpi w biało-czerwonych barwach.

Wiślacy treningi rozpoczęli stosunkowo późno, bo 17 stycznia. Do tej chwili stan kadrowy wskazywał zero po stronie zysków, co niepokoiło sympatyków drużyny. Dyrektor sportowy Stan Valckx uspokajał, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, a transfery są tylko kwestią czasu. Słowa dotrzymał. 

Bułgarski napastnik Cwetan Genkow ma zastąpić w roli snajpera Pawła Brożka. W rundzie jesiennej, będąc wypożyczonym z Dynama Moskwa do Lokomotiwu Sofia, zdobył w lidze bułgarskiej 11 goli w 13 meczach, co jest dobrą rekomendacją. Kolejnym wzmocnieniem jest doświadczony holenderski stoper Kew Jaliens, który w barwach AZ Alkmaar w sezonie 2008/09 świętował tytuł mistrzowski, a w 2006 roku wystąpił na mistrzostwach świata w Niemczech. Co prawda zagrał tam tylko w meczu z Argentyną, ale już sam fakt przebicia się przez tak silną konkurencję, jaka niewątpliwie jest w Holandii, świadczy o jego bardzo wysokich umiejętnościach. Razem z grającym coraz pewniej pod koniec rundy jesiennej Osmanem Chavezem, może stworzyć mocny duet w środku defensywy. Michaił Siwakow to podstawowy zawodnik młodzieżowej reprezentacji Białorusi, z którą w czerwcu wystąpi na mistrzostwach Europy U-21. W Cagliari grał bardzo mało, stąd półroczne wypożyczenie do Wisły, gdzie na pozycji defensywnego pomocnika wzmocni rywalizację o miejsce w wyjściowej "jedenastce". Najbardziej wyczekiwanym transferem był Maor Melikson - negocjacje z Hapolem Beer Sheva trwały blisko trzy tygodnie i głównie dzięki dużej determinacji samego piłkarza zostały sfinalizowane pozytywnie. Wisła zapłaciła blisko 700 tysięcy euro. Izraelczyk najczęściej występuje jako ofensywny pomocnik, zatem może wygryźć ze składu Łukasza Gargułę. W swoim poprzednim klubie był kapitanem i prawdziwym mózgiem drużyny. W ostatnich dniach otrzymał polskie obywatelstwo - sama procedura trwała bardzo szybko z uwagi na fakt, że matka Maora pochodziła z Polski. Ostatnim zawodnikiem, który zasilił Wisłę jest estoński bramkarz Sergiei Pareiko. Przez poprzednich sześć sezonów występował on w rosyjskiej ekstraklasie w barwach zespołu z Tomska. Jego doświadczenie i umiejętności pokazane już w sparingach, powinny sprawić, że wygra rywalizację z Milanem Jovaniciem i Filipem Kurto, będąc pewnym punktem zespołu.

Z tych krótkich opisów nowych nabytków widać więc, że prezentują się całkiem okazale. Wszyscy z nich mają za sobą przynajmniej jeden występ w pierwszej reprezentacji swojego kraju, do tego Jaliens - jak wspomniano - na mistrzostwach świata. Także Holender oraz Siwakow (w barwach BATE Borysów) grali w Lidze Mistrzów. Co prawda niektórzy mogą wypominać wiek (Jaliens - 33 lata, Pareiko - 34), jednak w każdej drużynie powinni być doświadczeni zawodnicy, a patrząc na metryki piłkarzy stanowiących kadrę zespołu, trudno stwierdzić, aby przy ul. Reymonta w Krakowie był dom spokojnej starości. Znaleźli się kibice, którzy nie chcieli widzieć w barwach Białej Gwiazdy piłkarza z Izraela. Na szczęście takich narodowych zapaleńców jest garstka, zresztą grająca w poprzednim sezonie w barwach teamu koszykarek Wisły rodaczka Meliksona - Liron Cohen nie zaznała ze strony fanów żadnych przejawów rzekomego antysemityzmu. 

Nie brakuje także narzekań, że odeszli Polacy, będący przez ostatnie kilka lat podporami, a nawet (Paweł Brożek) ikonami klubu, a w zamian przyszli sami obcokrajowcy - jest ich teraz w klubowej kadrze już piętnastu, każdy z innego kraju i przez to ciężko będzie utożsamiać się kibicom z taką "niezbyt polską zbieraniną". Cóż, zawsze przyjemniej byłoby, gdyby - jak kilka lat temu - decydujące role w Wiśle odgrywali polscy piłkarze, ale realia są nieubłagane. Ostatnio niemal każda próba pozyskania rodzimego zawodnika jest niemal niemożliwa do realizacji z powodu nieadekwatnej do umiejętności ceny, a nieraz także wygórowanych oczekiwań prowizyjnych menedżera. Najświeższy przykład to Marcin Robak, za którego Widzew Łódź życzył sobie 1 mln euro. Piłkarze z zagranicy, zwłaszcza z takimi rekomendacjami i dorobkiem jak ściągnięci w przerwie zimowej, dają większą gwarancję profesjonalizmu i tzw. mentalności zwycięzców. Pod tym względem Jaliens w porównaniu do choćby Kamila Glika (również przymierzany do gry w Krakowie) robi różnicę...

Patrząc na zimowe ruchy transferowe, nietrudno oprzeć się wrażeniu, że wzmocniony został środek pomocy (przyszli Melikson i Siwakow, a nikt nie odszedł), ale nie postarano się o zawodnika mogącego zastąpić po lewej stronie obrony Piotra Brożka. Abstrahując od tego, że przez większość rundy jesiennej nie miał on miejsca w podstawowym składzie, jest to najsłabiej obsadzona pozycja. Ewentualnym dublerem Dragana Paljicia (który przecież jest nominalnym pomocnikiem) może być cokolwiek chimeryczny i podatny na urazy Serge Branco. Trochę dziwi, że nie pomyślano o rozwiązaniu tego problemu.

Teraz pole do popisu ma Robert Maaskant, który musi poukładać wszystko tak, aby zespół w rundzie wiosennej był w stanie sięgnąć po założony cel, jakim jest mistrzostwo Polski. Nie będzie łatwo, a po sparingach póki co ciężko cokolwiek wnioskować. Pierwsze trzy próby były nieudane, ale dwa ostatnie mecze to już zwycięstwa. Prawdziwe oblicze Wisły poznamy jednak dopiero w wymiernym boju, jakim będą mecze o punkty w polskiej ekstraklasie, a także rywalizacja o Puchar Polski - już 1 marca odbędzie się pierwszy mecz ćwierćfinałowy.


Tak więc szykują się spore emocje. Trzeba wierzyć, że z happy endem i pod koniec maja na stadionie Wisły i Rynku będzie świętowany trzynasty tytuł mistrzowski dla Białej Gwiazdy.


niedziela, 20 lutego 2011

Piękny stadion, źli Europejczycy...


Piłkarze Lecha Poznań wygrali w pierwszym meczu 1/16 Ligi Europejskiej ze Sportingiem Braga i są na dobrej drodze do kolejnej rundy, gdzie zmierzyliby się najprawdopodobniej ze słynnym Liverpoolem. Ten fakt na pewno cieszy, ale sprawy związane ze stadionem, na którym grają piłkarze mistrzów Polski, będącym jedną z aren na Euro 2012 - napawają wyłącznie sporym smutkiem.

We wrześniu z wielką pompą otwarto stadion po przebudowie przy ul. Bułgarskiej, a tą uroczystość uświetnił koncertem Sting. Wszystko było wspaniale, zachwytom nie było końca. Tyle tylko, że już wówczas swoje zastrzeżenia do standardów obiektu zaczęła zgłaszać UEFA. Niewiele brakowało, aby mecze fazy grupowe Ligi Europejskiej zostały przeniesione do Bydgoszczy. Działaczom Lecha udało się jednak w porę zażegnać niebezpieczeństwo i wszyscy w Poznaniu dalej byli dumni ze swojego stadionu. Tym bardziej, że po wygranej z Manchesterem City i remisie w arktycznych warunkach z Juventusem Turyn piłkarze uzyskali awans do dalszej fazy rozgrywek, w co niewiele osób wcześniej wierzyło. Radość była w pełni uzasadniona i nikt nie przejmował się wcześniejszymi uwagami ze strony europejskiej centrali. Do czasu...

Niespełna tydzień przed meczem ze Sportingiem media obiegła informacja o wskazaniu  istotnych uchybień przez UEFA i nakazie ograniczenia liczby dostępnych miejsc na tym meczu do zaledwie 20 tysięcy. Zawrzało - pojawiły się pytania dlaczego tak późno, niektórzy kibice od razu wietrzyli nieczystą akcję mającą na celu utrącenie Lecha... Najwięcej uwag kierowano jednak pod adresem władz miasta, nadzorujących wykonanie przebudowy oraz projektanta. Pierwotnie przebudowa miała kosztować 500 mln zł, ale potem ten koszt wzrósł do 713 mln zł! Szacuje się, że naprawa wszystkich usterek wskazanych przez UEFA oznaczałaby wydanie dodatkowo 100 mln zł! Żeby było ciekawiej - wybudowany w zeszłym roku stadion w Hoffenheim, liczący 30 tysięcy miejsc, kosztował 60 mln euro, czyli nie więcej niż 250 mln zł...

Wydaje się, że upór europejskich władz futbolu w dążeniu do odpowiedniego standardu stadionu w Poznaniu ma swoje głębokie uzasadnienie. W końcu tam będą odbywać się w przyszłym roku mecze mistrzostw Europy i ryzyko ewentualnych komplikacji związanych z bezpieczeństwem musi być ograniczone do absolutnego minimum. Niestety, wiele osób w stolicy Wielkopolski tego nie rozumie. Działacze klubu i  rządzący miastem uznali, że "jakoś to będzie" i po pierwszych nalotach dadzą spokój. Kibice są podejrzliwi i wszelkie obostrzenia uważają za ingerencję w ich wolność czy nawet bliżej nieokreślony spisek wobec Lecha. Wprawdzie udało się "wynegocjować" na czwartek blisko 30 tysięcy miejsc, ale problem pozostał, zwłaszcza że specjalny raport z organizacji meczu i kwestii bezpieczeństwa złożył przedstawiciel UEFA.

Nasuwają się dwa wnioski. Pierwszy to taki, że gdyby nie bardzo dobra postawa mistrza Polski w rozgrywkach Ligi Europejskiej, prawdopodobnie udałoby się uniknąć kłopotów, a przynajmniej nie ujawniłyby się tak nagle i nie tak dotkliwe dla klubu oraz kibiców. Jednak na pewno doszłoby do kontroli w związku z Euro 2012. Już mecze fazy grupowej Ligi Europejskiej były wnikliwie monitorowane pod kątem bezpieczeństwa, zatem po pierwszych uwagach należało spodziewać się kolejnych. O tym jednak chyba nikt w Poznaniu nie pomyślał, a może po prostu rozumowano w sposób PR-owski: "mamy świetny, nowy stadion,  godny organizacji Euro, wspaniałych kibiców, więc żadnych zastrzeżeń nie powinno być". Owszem, stadion spełnia wszystkie warunki, ale... polskie, co podkreślił ostatnio prezydent miasta, Ryszard Grobelny. Według niego problem bierze się z tego, że wymogi UEFA są nieco inne od krajowych. To kuriozalna uwaga, bo w końcu na tym stadionie ma być rozgrywana najważniejsza impreza organizowana przez europejską federację. Więc po co miasto ubiegało się o organizację Euro, skoro teraz uważa, że jedynie polskie standardy są OK, a co tam z europejskimi?! 

Drugi wniosek to taki, że w Krakowie nie przepłacono za przebudowę stadionu, a przynajmniej nie tak bardzo. Co prawda koszt wzrósł, ale całość zamknie się i tak w granicach około 500 mln zł. Szkoda tylko, że oddanie trzeciej i czwartej trybuny cokolwiek się wydłuża... Ale to już temat na inne opowiadanie.


niedziela, 6 lutego 2011

Zmiana


Od 29 stycznia Polski Związek Koszykówki ma nowego prezesa. Został nim Grzegorz Bachański, który w poprzedniej kadencji był w koszykarskiej centrali członkiem zarządu. Stosunkiem głosów uczestniczących w zjeździe delegatów 122-99 pokonał dotychczasowego prezesa, czyli Romana Ludwiczuka.

Tyle krótka informacja, która obiegła media. Co to oznacza w praktyce? Na razie ciężko cokolwiek wyrokować, ale trzeba wierzyć w to, że nadejdą w polskiej koszykówce zmiany na lepsze. Bachański zapowiada zmianę stylu zarządzania związkiem, czyli - w domyśle - mniej jednowładztwa, które było dostrzegalne niemal na każdym kroku w działaniach poprzedniego prezesa. Najważniejszymi zadaniami nowych władz (jest już znany zarząd, jutro zostaną wybrani wiceprezesi) będzie organizacja mistrzostw Europy koszykarek w czerwcu oraz wybór selekcjonera męskiej reprezentacji. Prezes zapowiada, że nowy coach kadry będzie znany w ciągu najbliższego miesiąca i ma być to wybór na kilka lat.

Słowa nic nie kosztują, ale jest nadzieja na to, że coś się w końcu zmieni w wizerunku dyscypliny. Już sam fakt, że na czele polskiej koszykówki nie będzie już osoby, która była także mocno uwikłana w politykę, jest dużym plusem. A gdy jeszcze przypomni się "wyczyny" Ludwiczuka, o których tutaj wcześniej pisałem, optymizm jest jeszcze większy. Chociaż pewnie gdyby nie tzw. afera wałbrzyska, to wówczas prawdopodobnie nie byłoby zmiany na fotelu prezesa. Różnica głosów nie była zbyt duża, a można przypuszczać, że niejeden z delegatów zagłosował niejako "przeciwko" Ludwiczukowi pod wpływem tego, co stało się dwa miesiące temu. Może to źle oceniam, ale taka swoista mobilizacja świadczyłaby niezbyt dobrze o wielu ludziach związanych z koszykówką, bo gdzie byli wcześniej? Chociaż - jak to się mawia - lepiej późno (zreflektować się) niż wcale. Bardziej niepokojące jest jednak rozumienie demokracji w wykonaniu niektórych zwolenników byłego prezesa PZKosz. Ludwiczuk zasłużył się dla basketu w województwie podkarpackim i dlatego każdy delegat wywodzący się stamtąd miał niejako odgórnie głosować na dotychczasowego prezesa... Zasłużył się głównie tym, że kilka razy był w tym regionie, w tym bodajże dwa razy w Przemyślu. Poza tym z Przemyśla wywodził się jeden z członków zarządu, więc nic dziwnego w tych częstych wizytach nie było... Ciekawe tylko, co tak ważnego uczynił dla województwa podkarpackiego pan Ludwiczuk, że głosowanie na niego było "jedynie słuszne". Pewnie to, że wstawił się w 2009 roku za pozostawieniem Znicza Jarosław w męskiej ekstraklasie, po wcześniejszej, wręcz absurdalnej decyzji Polskiej Ligi Koszykówki o wyrzuceniu jej z powodu niespełnienia nieprecyzyjnie określonych kryteriów licencyjnych? Cóż, to zawsze jakiś argument. Tylko czy wystarczający, aby na kolejne 4 lata powierzać decydowanie o losach polskiego basketu człowiekowi, który dużo więcej zepsuł niż stworzył, a polityka to dla niego pole dla załatwiania prywatnych interesów? Z kim się przystajesz, takim się stajesz... 

Po tym, co działo się w PZKosz w ostatnich latach, powinna nastąpić zmiana - zarówno wśród ludzi zarządzających tą organizacją, jak i przede wszystkim w stylu działania, dbania o wizerunek dyscypliny,  jej popularyzacji, przyciągania sponsorów. Trzeba zatem mieć nadzieję, że takie zmiany nadejdą, z korzyścią dla wszystkich. No może oprócz garstki odsuniętych od konfitur działaczy, ale raczej nikt za nimi płakać nie będzie.



sobota, 29 stycznia 2011

Dzielnica jedyna w swoim rodzaju


O jakiej dzielnicy będzie mowa? Oczywiście o Nowej Hucie! Z kilku powodów. Choćby dlatego, że od dwóch lat jestem jej mieszkańcem, chociaż w szerszym znaczeniu, tzn. nawiązując do podziału na dzielnice obowiązującego do 1991 roku - "moje" osiedle nie należy bowiem do tzw. starej Nowej Huty, czyli obecnej Dzielnicy XVIII. Szczególny charakter Nowej Huty stał się już przedmiotem wielu książek, opracowań, filmów, itp. Moda na tą dzielnicę nastała w ostatnich latach, nie tylko z powodu nagłośnionych obchodów 60-lecia jej powstania, które miały miejsce w 2009 roku.

Nowa Huta miała być odrębnym miastem - wzorcowym, bo w pełni robotniczym, zdecydowanie kontrastującym z inteligenckim i "reakcyjnym" Krakowem. Zresztą do dzisiaj wielu starszych mieszkańców na pytanie w jakim mieście/miejscowości mieszkają, odpowiadają bez chwili wahania - "w Nowej Hucie". Trudno dziwić się ich sentymentowi, bo w końcu na tym skrawku ziemi dojrzewali, zdobywali wykształcenie, pracowali. Ich rodziny uzyskały awans społeczny, migrując ze wsi do miasta. Oprócz kolejnych - będących wówczas swoistymi cackami architektonicznymi osiedli (wiele bloków zawierało elementy zaczerpnięte z renesansu czy baroku), powstały nowoczesne ulice, wiele terenów zielonych, linie tramwajowe, szkoły, przedszkola, boiska, sklepy, punkty usługowe, itp. Pod tym względem to "nowe miasto" było lepiej rozwinięte od starego Krakowa, który musiał otrząsnąć się po wojnie, a - co chyba ważniejsze - władza ludowa była bardzo zainteresowana rozwojem nowo powstałego, "robotniczego" tworu. Projekt opracowany przez wybitnych architektów nie został w całości zrealizowany. Zabrakło na przykład ratusza, który miał być "zamknięciem" monumentalnego Placu Centralnego od jego południowej strony. Sam układ przestrzenny ulic i osiedli, oparty na anglosaskiej "jednostce sąsiedzkiej" musiał jednak budzić wrażenie - zwłaszcza odnosząc to do osiedli budowanych  obecnie, głównie z myślą o zyskach deweloperów, dla których pojęcie ładu przestrzennego raczej nie istnieje...

Twórcy Nowej Huty byli przekonani, że będzie to idealne socjalistyczne miasto. Ich założenia jednak z czasem zweryfikowała rzeczywistość. Stopniowo zaczęło dochodzić do coraz większego oporu "ludu pracującego" wobec władz, zwłaszcza w kwestii braku w dzielnicy kościoła. Poza tym brak więzi społecznej i tradycji powodował liczne sąsiedzkie konflikty, alkoholizm, przestępczość. Mieszkańcy "starego" Krakowa zaczęli postrzegać nową dzielnicę jako siedlisko wszelkiego zła, a jako skutek działalności ówczesnej Huty im. Lenina uznawać duże zanieczyszczenie powietrza. Powstało więc wiele stereotypów na temat Nowej Huty i jej mieszkańców. Po przemianach ustrojowych i przejściu do gospodarki wolnorynkowej, istotnym problemem stało się wysokie bezrobocie, które było przyczyną wzrastającej przestępczości i chuligaństwa. Jednak ostatnia dekada to znacząca poprawa sytuacji pod tym względem, do czego przyczyniły się m. in. liczne wyjazdy młodych ludzi do Anglii i Irlandii. Tym samym "pierwotna" Nowa Huta znacznie się postarzała pod względem wiekowym, co na pewno nie napawa optymizmem. W wielu częściach Krakowa (np. wielkich osiedlach na Podgórzu) poziom przestępczości i innych patologicznych zjawisk jest obecnie wyższy niż w Nowej Hucie, ale ciężko pozbyć się przyszytej dawniej łatki. Szkoda, bo zmiana stereotypowego spojrzenia pomogłaby w jej rozwoju. Nowa Huta ma duży potencjał, poza tym odwiedza ją coraz więcej turystów. Sama architektura jest specyficzna, a do tego dochodzą zabytkowe (liczące nawet kilkaset lat) dworki i kościoły, kopiec Wandy, zalew. Historia dzielnicy jest świetnie udokumentowana, choćby poprzez liczne prywatne zbiory zdjęć, dokumentów i innych "dowodów istnienia",  które trafiają m. in. do nowohuckiego oddziału miejskiego muzeum. Warto też zauważyć, że dzielnica jakby na nowo odkryła swoją tożsamość, również w myśl zasady, że nie podcina się gałęzi, na której się siedzi. Nawet najbardziej zagorzałym przeciwnikom poprzedniego ustroju ciężko byłoby żyć w przekonaniu, że wszystko, co osiągnęli w swoim życiu (wykształcenie, praca, mieszkanie, itp.) zawdzięczają fanaberii reżimu, który postanowił stworzyć tą swoistą dzielnicę-miasto. Poza tym mają oni świadomość, że uczestniczyli w tworzeniu się historii. Natomiast młodsze pokolenie stara się dbać o ten specyficzny charakter dzielnicy, jej kulturę i oryginalny charakter.

Mój pierwszy kontakt z Nową Hutą? Przyjeżdżając na studia, słyszałem, że lepiej się tam nie wybierać, bo można być pozbawionym portfela, a może i nawet ponieść uszczerbek na zdrowiu. Dopiero gdzieś w połowie studiów zdecydowałem się na podróż tramwajem na Plac Centralny. Przeszedłem się po nim i wróciłem "w swoje rejony". Moją uwagę zwróciła ta charakterystyczna architektura, ale uważałem ją za siermiężny wytwór bardzo nieciekawego, stalinowskiego okresu naszych dziejów. Z równą niechęcią podchodziłem do całej dzielnicy i jej historii. Dzisiaj już wiem, że uległem uproszczeniom, rozpowszechnianym głównie przez osoby, które w Nowej Hucie nigdy nie mieszkały, a ich obecność tam - jeśli w ogóle - można policzyć na palcach jednej ręki. Co prawda nie stałem się jakimś zagorzałym fanem Nowej Huty, ale uważam ją za niezwykłe zjawisko. Twór, który powstał niejako w kontrze do "reakcyjnego" Krakowa, potrafi sam o siebie zadbać i wykorzystać swoją oryginalność. Jakiś czas po tej pierwszej wizycie były kolejne, chociaż bardziej dopiero po studiach. Poza tym przez prawie dwa lata pracowałem w okolicach nowohuckiego zalewu. Zatem oswojenie się z tą okolicą było niejako koniecznością. Tam naprawdę jest normalnie, chociaż nieco inaczej niż choćby w centrum Krakowa. Chyba nic nie zastąpi mi Rynku i jego okolic, ale nie można tak traktować rzeczywistości, że coś jest świetne, a coś innego zupełnie beznadziejne.

Dlatego z chęcią przemieszczam się po Nowej Hucie - nie tylko tej "nowszej", w której mieszkam i czuję się bardzo dobrze. Cieszę się, że tym samym bliżej poznaję coś, co początkowo zdawało mi się mało atrakcyjne, ale pod wpływem tego "obcowania" moja ocena się zmieniła.




piątek, 7 stycznia 2011

Co było i co będzie...


Jutro koszykarki Wisły wracają na parkiety. W ćwierćfinale Pucharu Polski zmierzą się w Krakowie z Liderem Pruszków, a już w sobotę również w hali przy Reymonta rozegrają mecz ligowy z Odrą Brzeg. W porównaniu do składu grającego w ostatnich tygodniach 2010 roku, powraca po kontuzji Gunta Basko, natomiast zadebiutuje Nicole Powell, która ma stanowić o sile ofensywnej zespołu (średnia 16,0 pkt w poprzednim sezonie Euroligi w barwach Fenerbahce Stambuł mówi sama za siebie). Zabraknie za to Janell Burse. Amerykanka spisywała się w grudniu słabo. Władze klubu dociekały przyczyn tej niedyspozycji, zarządzając nawet dodatkowe badania lekarskie. Wszystko wyjaśniło się jednak po świątecznym wyjeździe zawodniczki do USA - okazało się, że Janell jest w początkowym okresie ciąży! Zarząd TS Wisła poinformował w niedzielę o rozwiązaniu kontraktu i pilnie zabrał się za poszukiwanie następczyni. Priorytetem była zawodniczka z europejskim paszportem i taką dosłownie w ostatnich godzinach udało się zakontraktować. W barwach Wisły będzie występować świetna Białorusinka, Jelena Lewczenko (powszechnie określana w mediach jako Leuczanka, ale oryginalna pisownia nazwiska przeczy tej wersji), grająca dotąd w AZS Gorzów. Ten klub dopadły problemy finansowe i nie był w stanie płacić jednej z najlepszych europejskich środkowych wysokiego kontraktu. Taka sytuacja sprawi, że zarówno w Eurolidze, jak i PLKK wiślaczki mogą grać w tym samym składzie (jak pisałem poprzednio - w przypadku obecności Burse było to niemożliwe, gdyż w kadrze byłyby trzy zawodniczki spoza Europy, zaś w Eurolidze mogą grać jedynie dwie).

Tak wygląda na chwilę obecną sytuacja w teamie koszykarek Wisły. A jak można ocenić postawę poszczególnych zawodniczek w dotychczasowych meczach PLKK i Euroligi?

Zacząć należy od tego, że - o czym wspominałem w zeszłym tygodniu - inaczej niż w poprzednim sezonie jest skonstruowany skład zespołu Jose Ignacio Hernandeza. Miejsce efektownych, nieraz nieobliczalnych Fernandez, Cohen czy Castro zajęły zawodniczki bardziej przewidywalne, znane ze swojej ambitnej postawy w obronie. Niewątpliwie w zeszłym sezonie ten element był piętą Achillesową wiślaczek. Taka konstrukcja składu przełożyła się jednak na mniejszą ilość zdobywanych punktów i nieraz tą niemoc w ataku widać jak na dłoni.

O ile w poprzednim sezonie praktycznie każda z zawodniczek z pierwszej piątki była w stanie wziąć na siebie w krytycznym momencie ciężar zdobywania punktów, to w obecnych rozgrywkach (zwłaszcza w Eurolidze) można w tej mierze liczyć w zasadzie jedynie na Ewelinę Kobryn i Erin Phillips. Wychowanka Wisły w kolejnym sezonie udowadnia, że jest najlepszą środkową w Polsce i na tej pozycji można zaliczyć ją do europejskiej czołówki. Średnie 15,0 pkt i 6,4 zbiórki w Eurolidze, dobitnie o tym świadczą. Australijka jest za to niesamowicie waleczna, nie ma dla niej straconych piłek, dużo widzi na parkiecie, a w trudnych chwilach nie boi się  brać odpowiedzialności za zdobywanie punktów. Czasem jednak to jej - oraz koleżanek - zaufanie do własnych umiejętności nie wychodzi na dobre, czego przykładem była ostatnia akcja w feralnym meczu przeciwko Taranto. Jednak bezsprzecznie Erin jest dla Wisły bezcenna. 

Na pewno natomiast nie tak mocnym punktem drużyny jak w poprzednim sezonie była przywoływana wyżej Burse. Od początku rozgrywek było widać jej brak zdecydowania, większe trudności w zdobywaniu punktów. Być może było to spowodowane urazem, jakiego nabawiła się jeszcze pod koniec września. Poza tym rywalki po jej wcześniejszych osiągnięciach zwracały na nią większą uwagę. Istotna była też zmiana na pozycji pierwszej rozgrywającej. Wiadomo, że od playmakera wymaga się m. in. umiejętnego dogrywania piłek do podkoszowych - ten element w obecnym sezonie na pewno nie wychodzi tak dobrze jak w poprzednim. Swoje mogło też zrobić swoiste osamotnienie Janell, brak takiej nici porozumienia z resztą zespołu, nie tylko na parkiecie. W grudniu było już widać wyraźną obniżkę formy, zagubienie, zwłaszcza w ataku. W jednym z wywiadów prezes Ludwik Miętta-Mikołajewicz nieśmiało zastanawiał się nawet nad możliwością rozwiązania kontraktu z Amerykanką. Realizację tych hipotez wyprzedziła sama zawodniczka. Lewczenko prezentuje co najmniej ten sam poziom co Burse. Zatem siła pod koszem na pewno nie osłabnie, a zapewne będzie nawet jeszcze lepiej (zwłaszcza wobec wyraźnie gorszej ostatnio dyspozycji Janell). Oby tylko Białorusinkę omijały urazy, trapiące ją nieco w ostatnich tygodniach w Gorzowie.

Zmienniczka Kobryn i Burse, pozyskana z Lotosu Gdynia, Magdalena Leciejewska na początku sezonu miała problemy z kolanem - nie pierwszy raz w swojej karierze. Potem jej gra ogólnie zadowalała, chociaż dużo więcej wnosiła do gry w PLKK (średnio 11,4 pkt na mecz) niż w Eurolidze. Waleczna, dobrze trafiająca z półdystansu, jednak zdarzało się jej stanowczo zbyt wiele pudeł spod samego kosza. Na pewno będzie jeszcze bardzo pożyteczna w tym sezonie.

Problemy są na pozycjach nr 1 i 3. O ile na tej pierwszej są dwie w miarę równorzędne zawodniczki, to ich poziom nie jest zbyt zachwycający, zwłaszcza jak na wymagania Euroligi. Co z tego, że Andja Jelavić była w zeszłym sezonie najlepszą podającą tych rozgrywek, skoro gra zespołu Gospić Croatia była jedną wielką prowizorką? Chorwatka jest - owszem - ambitna, szybka, walczy w obronie, biega do kontrataków, ale to za mało. Wprawdzie jest najlepiej podającą zespołu w Eurolidze (4,0 asysty na mecz), ale notuje koszmarne straty, gubi się w końcówkach meczów (np. z Gorzowem czy Taranto). Kompletnie nie umie dobrze, przytomnie rozegrać akcji, przewidzieć wydarzeń na boisku, niedokładnie, wręcz chaotycznie podaje, kiepsko współpracuje z wysokimi zawodniczkami. Te elementy to dla rozgrywającej podstawa. Do tego jej skuteczność z dystansu i z linii rzutów wolnych wręcz zatrważa. Paulina Pawlak również nie zachwyca i jest pod względem stylu podobną zawodniczką, ale jej gra aż tak nie razi, do tego dysponuje lepszym rzutem za 3 pkt, a jej znakiem firmowym jest waleczność - potrafi przykleić się do prowadzącej akcję rywalki niczym pittbull i wydrzeć jej piłkę. Wielu kibiców tęskni za finezyjną, choć nieraz niezbyt rozsądną Liron Cohen, czy za prawdziwym mózgiem zespołu, jakim przez 5 lat była Jelena Skerović. To na pewno wyższa europejska półka. Cóż, w tym sezonie tak dobrze nie jest...

Sprawa na pozycji niskiej skrzydłowej od początku sezonu była skomplikowana. Mogą tam grać Gunta Basko, Katarzyna Krężel i Dorota Gburczyk-Sikora. Te dwie pierwsze są w stanie występować także na pozycji nr 2, wspierając Erin Phillips. Sprawę znacznie skomplikowała kontuzja Łotyszki i jej dwumiesięczna przerwa w grze. Do tego momentu nie zachwycała, ale dała się poznać jako zawodniczka solidna, dobra w grze obronnej, niezła w rzutach za 3 pkt. Jej wadą była jednak niestabilność formy. Krężel początkowo wykorzystywała szansę gry w większym wymiarze czasowym, jednak później straciła pewność siebie i już wnosiła znacznie mniej do gry zespołu. Dobrze więc, że najlepszy od wielu lat sezon notuje kapitan Wisły. Dorota po wyjściu za mąż wyraźnie nabrała nowych sił. To już nie ta sama zawodniczka, której po wyjściu na parkiet trzęsły się ręce i nie wiedziała, co zrobić z piłką. Walczy na deskach, nieźle broni, no i dokłada więcej punktów niż w poprzednich latach. Sytuacja na pozycji niskiej skrzydłowej wyraźnie zmieni się po przyjściu Powell i wyleczeniu się Basko. To Amerykanka będzie podstawową opcją, zaś Gunta zapewne będzie zmieniać ją i Phillips. W PLKK pewnie trochę pograją również Krężel i Gburczyk-Sikora, ale już nie w takim wymiarze jak dotąd.

Maja Vucurović, Katarzyna Gawor i Agnieszka Śnieżek stanowiły głęboką rezerwę i na parkiet wchodziły jedynie, gdy było już "pozamiatane". Martwi brak postępów tej pierwszej - a może brak otrzymywanych szans. Wydaje się, że powinna zostać wypożyczona do innego klubu, gdzie mogłaby więcej pograć, a przede wszystkim nabrać pewności siebie. Na pewno młodziutka Serbka ma duży talent, ale w jej przypadku może nie znaleźć to przełożenia na dalszą karierę. Obym był złym prorokiem.

Jak wspomniałem na wstępie - plusem ekipy Wisły w tym sezonie jest gra obronna, której konsekwencją jest znacznie mniejsza ilość traconych punktów (w Eurolidze - średnio 59,8 pkt na mecz, w poprzednim sezonie - 73,4), jednak też drużyna mniej ich zdobywa (Euroliga - średnio 65,1, czyli o prawie 14 pkt mniej). Wynika to właśnie z innej konstrukcji teamu, braku "strzelb" - chociaż te proporcje może zmienić pojawienie się Powell. Sztab trenerski podchodzi też z większą powagą do meczów ligowych, dobrze rozpracowując poszczególne zespoły. Ważne jest, że w trakcie meczu Hernandez umie skorygować grę zespołu, zmobilizować, choćby po nieudanej pierwszej połowie. O ile do przerwy Wisła nieraz traci około 40 pkt, to w trzeciej i czwartej kwarcie rywalki gubią się wobec świetnej defensywy i niekiedy ledwo przekraczają granicę 60 pkt w całym meczu. Minusem jest na pewno - o czym wspominałem - słabsze niż w poprzednim sezonie konstruowanie akcji. Poza tym piętą Achillesową są niewątpliwie rzuty wolne. W Eurolidze skuteczność w tym elemencie wyniosła 65%, a w PLKK było jeszcze gorzej. 63% to najniższy odsetek spośród wszystkich trzynastu ekip! Nie pomogły  zbyt wiele specjalne treningi rzutowe. Najgorszą skuteczność z linii rzutów wolnych miały Burse i Jelavić. Można stwierdzić, że "dzięki" fatalnie egzekwowanym osobistym wiślaczki przegrały u siebie z AZS Gorzów, a w wielu meczach dostarczały niepewności w końcówce. Ten element będzie szalenie ważny również w kolejnych meczach, gdzie często wynik może być bliski remisu.


Podsumowując - w tym sezonie emocji już nie brakowało, a na pewno będzie ich jeszcze więcej, bo przecież walka zarówno w polskiej ekstraklasie, jak i Eurolidze wchodzi w decydującą fazę.