Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jose Ignacio Hernandez. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jose Ignacio Hernandez. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 maja 2011

Kadrowa ewolucja


Już trzy dni po triumfie w PLKK zakomunikowano, że Wisła Kraków przedłużyła o kolejny rok kontrakty z trenerem Jose Ignacio Hernandezem i jego asystentem Jordi Aragonesem. Niewątpliwie jest to duży sukces działaczy klubu z Reymonta, a do tego gwarancja stabilizacji. Hernandez wyciagnął wnioski po wcześniejszym sezonie, gdzie w rozgrywkach ligowych wiślaczki zajęły dopiero piąte miejsce, za bardzo koncentrując się na Eurolidze. W mijającym sezonie nie było wątpliwości, że to właśnie krakowianki mają najlepszy zespół w PLKK. Poza tym ćwierćfinał Euroligi jest potwierdzeniem pozycji na arenie europejskiej. Już za miesiąc hiszpański trener poprowadzi reprezentację swojego kraju na mistrzostwach Europy rozgrywanych w Polsce, gdzie w fazie grupowej zmierzy się właśnie z Polkami.

W kolejnych tygodniach nadchodziły informacje o zawodniczkach przedłużających umowy na przyszły sezon. Pozostają reprezentantki Polski - Ewelina Kobryn, Paulina Pawlak, Katarzyna Krężel, a także Erin Phillips, Nicole Powell i Jelena Lewczenko. Można powiedzieć, że władzom klubu w pełni powiodły się wcześniejsze założenia - te właśnie zawodniczki mają stanowić trzon zespołu w sezonie 2011/12. Podpisano także nowy kontrakt z Magdaleną Leciejewską, jednak w jej przypadku sprawa jest bardziej skomplikowana. Z powodu poważnej kontuzji straci ona nie tylko Eurobasket, ale i całą pierwszą część sezonu. Poza tym nieznana jest przyszłość Mai Vucurović. Co prawda ma ona jeszcze ważny przez rok kontrakt, ale nie da się ukryć, że najlepiej dla młodej Serbki byłoby trafić do klubu, w którym miałaby więcej możliwości gry. Poza tym w mogłaby zwyczajnie nie mieścić się w meczowym składzie z uwagi na obecność w kadrze sześciu innych zawodniczek zagranicznych, podczas gdy właśnie sześć może występować w PLKK.

Z zespołu odeszły natomiast Andja Jelavić i Gunta Basko. Ta pierwsza zdecydowanie nie spełniła oczekiwań - jako rozgrywająca miała rozsądnie kreować grę, współpracować z podkoszowymi zawodniczkami, a wprowadzała wiele chaosu w poczynania wiślaczek. Wobec słabszej postawy, w drugiej części sezonu grała już zdecydowanie mniej. Inna sprawa, że już samo sprowadzenie Chorwatki do Krakowa było kontrowersyjne, bo przecież jej styl gry był znany, a zachwycanie się faktem, że w sezonie 2009/10 miała najlepszą średnią asyst w Eurolidze - mocno na wyrost. Natomiast doświadczona Łotyszka być może zostałaby w Wiśle na kolejny sezon, ale zamierza zawiesić swoją karierę i urodzić dziecko. Na pewno jej dalsza gra w krakowskim klubie była bardziej prawdopodobna niż Jelavić, chociaż także od Basko oczekiwano lepszej postawy. Wpływ na jej dyspozycję miala kontuzja, która wyeliminowała ją z gry na blisko dwa miesiące.

Działacze Wisły nie próżnowali i szybko podpisali kontrakty z nowymi zawodniczkami. Najpierw została zaangażowana 32-letnia Belgijka Anke De Mondt - nominalna "dwójka", która może grać także jako niska skrzydłowa, a nawet rozgrywająca. Poprzednich kilka sezonów spędziła w Salamance, zatem jest aktualną mistrzynią Euroligi. Nie była tam pierwszoplanową postacią, jednak w meczach ćwierćfinałowych mocno dala się we znaki wiślaczkom, znacznie ograniczając poczynania Phillips. W ekipie prowadzonej przez doskonale jej znanego trenera będzie zapewne specjalistką od defensywy, wcielając sie od czasu do czasu w rolę punktującej zawodniczki. W kwestii rozgrywającej było sporo spekulacji, ale prawie nikt nie spodziewał się, że do Krakowa trafi 22-letnia Ana Dabović. Mimo młodego wieku Serbka jest juz znana w Europie, w zeszłym sezonie notowała bardzo dobre statystyki w FIBA Cup w barwach Dynama Nowosybirsk. Jest dość wysoka jak na "jedynkę" (180 cm), może grać także jako rzucający obrońca. Szybka i dynamiczna, zdobywająca wiele punktów (najwyższa średnia w FIBA Cup), powinna wnieść sporo ożywienia do Wisły i być pewniejszym punktem zespołu nż chimeryczna Jelavić.

Ponieważ Leciejewska wróci do gry dopiero w połowie sezonu i nie wiadomo, w jakiej będzie formie, koniecznością stało się zaangażowanie zawodniczki na pozycje 4-5. W najbliższych dniach ma zapaść bardzo oczekiwana przez wszystkie kluby decyzja PLKK (wcześniej podobno było to niemożliwe...) - ile zawodniczek z polskim paszportem ma przez cały czas przebywać na parkiecie. Dotąd były to dwie, a teraz jest dość prawdopodobne, że będzie musiała tylko jedna. W takiej sytuacji nie miałaby specjalnego znaczenia narodowość tej podkoszowej zawodniczki. Wiele wskazuje na to, że będzie nią reprezentantka Czarnogóry, Milka Bjelica, w poprzednim sezonie występująca w Lotosie Gdynia. Jeśli ten transfer dojdzie do skutku, powinna być bardzo cennym uzupełnieniem duetu Kobryn - Lewczenko. Na pewno też posiadanie większej - po powrocie Leciejewskiej - liczby podkoszowych będzie istotne w kontekście rozgrywek ligowych, bo właśnie na pozycjach 4-5 wyraźne wzmocnienia poczyniono w Polkowicach.


Posumowując - koszykarki Wisły w przyszłym sezonie na pewno nie będą mieć słabszego składu, a wręcz należy sądzić, że jest silniejszy. Ważne też, że w pozostałych klubach ekstraklasy przymiarki do składu w nowych rozgrywkach dopiero trwają, a w Krakowie jest on praktycznie zapięty na ostatni guzik.




PS. Aktualizacja danych: 23 maja klub poinformował, że w przyszłym sezonie w Wiśle będzie występować - zgodnie z wcześniejszymi nieoficjalnymi informacjami - Milka Bjelica. Wielkim zaskoczeniem (chociaż czy na pewno?) jest natomiast to, że w Krakowie nie zagra już Lewczenko, która już po podpisaniu nowego kontraktu otrzymała ofertę z innego klubu spoza Polski i wyraziła dużą chęć jej przyjęcia. Wiele to świadczy o jej profesjonalizmie, a raczej braku takowego... W zamian zatrudniona została 31-letnia węgierska środkowa, Petra Ujhelyi, której styl gry i osiągnięcia, zwłaszcza w porównaniu do Białorusinki - delikatnie mówiąc - nie rzucają na kolana. Poinformowano także o zatrudnieniu w najbliższym czasie polskiej zawodniczki (prawdopodobnie także podkoszowej). Ta informacja każe nieco zrewidować wcześniejsze ambitne plany dotyczące awansu do najlepszej ósemki Euroligi, lecz cóż - z niewolnika nie ma pracownika... W tej sytuacji trudno mówić o ewolucji w składzie, chociaż rewolucji także nie ma.

Także 23 maja poinformowano o decyzji władz ligi, zgodnie z którą w przyszłym sezonie na parkiecie w rozgrywkach PLKK będzie musiała przebywać przez cały mecz tylko jedna zawodniczka z polskim paszportem.




niedziela, 8 maja 2011

Zrealizowany cel


Koszykarki Wisły Can Pack Kraków zdobyły tytuł mistrzyń Polski, pokonując w finale play off zespół CCC Polkowice. Ten fakt jest już znany od blisko trzech tygodni, więc pora na podsumowanie tego sezonu w wykonaniu wiślaczek.

Z punktu widzenia statystycznego, wyższość wiślaczek nad pozostałymi drużynami była bezdyskusyjna. W sezonie zasadniczym wygrały 22 z 24 meczów, a w play off doznały tylko jednej porażki w dziewięciu spotkaniach. Łącznie zatem odniosły 30 zwycięstwa w 33 meczach. Wobec tego, spełniły się przewidywania większości kibiców i fachowców, którzy przed sezonem wymieniali Wisłę jako głównego kandydata do zdobycia tytułu.

Ekipa Jose Ignacio Hernandeza wystartowała do play off z pierwszego miejsca - miała zatem w kolejnych fazach atut własnego parkietu. W pierwszej rundzie bez żadnych problemów dwukrotnie ograła Tęczę Super-Pol Leszno.

Trudniejsza przeprawa była w półfnale. Na drodze wiślaczek stanęła bowiem ekipa Lotosu Gdynia. Wprawdzie w pierwszej części rozgrywek gdynianki spisywały się znacznie poniżej możliwości, ale od stycznia - po pewnych przetasowaniach kadrowych - ta drużyna była nie do poznania. Przede wszystkim za sprawą nowego trenera, Georgiosa Dikeoulakosa, Lotos wygrał 12 meczów ligowych pod rząd, do tego sięgnął po Puchar Polski (w tych rozgrywkach Wisła odpadła w półfinale po porażce z Energą Toruń), więc nic dziwnego, że mecze półfinałowe zapowiadały się bardzo ciekawie. W pierwszym spotkaniu gdynianki długo stawiały opór, ale w czwartej kwarcie, grając praktycznie szóstką zawodniczek, nie wytrzymały narzuconego tempa i to wiślaczki wygrały 74:59. Następnego dnia Lotos postawił jeszcze trudniejsze warunki, prowadząc do przerwy różnicą 6 pkt. Dopiero w ostatnich minutach Wisła - głównie dzięki świetnej defensywie - dosłownie wydarła zwycięstwo (63:57). W trzecim meczu wyższość wiślaczek nie podlegała już dyskusji, co przyniosło pewna wygraną 90:72. Warto zwrócić uwagę na ilość zdobytych punktów, co dotąd w meczach o stawkę w PLKK czy Eurolidze w tym sezonie krakowiankom się nie zdarzyło.

Drugi finalista został wyłoniony dopiero po dogrywce w piątym meczu - została nim druzyna CCC Polkowice, dla której ten awans był już największym osiągnięciem w historii klubu. Wyglądało na to, że zmęczenie, a zarazem pewne zadowolenie tym sukcesem ekipy Krzysztofa Koziorowicza dają jeszcze więcej szans Wiśle, która przecież i tak posiadała już więcej atutów. Tymczasem w ostatnich dniach przed pierwszym meczem finału - najrówniej grająca w meczach przeciwko Lotosowi - Ewelina Kobryn złamała na treningu mały palec prawej ręki, a dzień po tym zdarzeniu Magdalena Leciejewska doznała poważnego urazu kolana, po którym niezbędna okazała się operacja. Nie dość, że obydwie są zawodniczkami podkoszowymi, to na dodatek Polki, co uwzględniając regulamin rozgrywek PLKK (obowiązkowo dwie Polki równocześnie na parkiecie) ogromnie komplikowało sytuację kadrową Wisły...

Jednak w pierwszym meczu finału, 8 kwietnia, w hali przy ul. Reymonta istniała tylko Wisła. Dość powiedzieć, że niedługo przed przerwą wynik brzmiał 44:15. W drugiej połowie wiślaczki uspokoiły tempo gry, ale nawet na moment nie pozostawiły wątpliwości, kto tego dnia był lepszy. Wynik 70:52 nie oddaje do końca wydarzeń na parkiecie. 20 pkt i 12 zbiórek Jeleny Lewczenko uczyniły z niej bohaterkę meczu.

Następnego dnia odbył się mecz numer 2 finału, który był dużo bardziej zacięty. Do przerwy prowadzenie Wisły różnicą 4 pkt, ale w trzeciej kwarcie to ekipa z Polkowic, głównie dzięki Amishy Carter, wyszła na prowadzenie. Potem jednak nastąpił zryw Pauliny Pawlak i Nicole Powell. Gdy w połowie czwartej kwarty przewaga wynosiła już 14 pkt, było niemal pewne, że już niewiele może się zmienić. Wygrana 64:52 sprawiła, że ekipa trenera Hernandeza była już tylko o krok o zdobycia tytułu. Znowu double double (20 pkt i 10 zbiórek) zaliczyła Lewczenko.


Wielu kibicom w Krakowie wydawało się, że wyjazd do Polkowic będzie formalnością i finał skończy się gładkim 3:0. Tak się jednak nie stało. Ekipa CCC w trzecim meczu zagrała jeszcze lepiej niż w poprzednim starciu, a wiślaczki nieco zawiodły, może będąc zbyt pewne wygranej. W drużynie z Polkowic szczególnie trudny do zatrzymania był amerykański duet Zoll - Carter. Co prawda Wiśle udało się odrobić 8-punktową stratę z pierwszej połowy, ale w czwartej kwarcie nie starczyło sił i ostatecznie to CCC wygrało 67:58.

Nazajutrz, 16 kwietnia, wiślaczki były bardziej skoncentrowane. Do przerwy prowadziły różnicą 7 pkt, a momentami ta przewaga była nawet jeszcze wyższa. Gdy wydawało się, że kontrolują już sytuację na boisku, zawodniczki CCC zaczęły pościg, aż w końcu doszło do drmatycznej końcówki. Jeszcze na 55 sek. przed końcem krakowianki prowadziły 52:46, ale już nie zdobyły nawet punktu. Przy stanie 52:50, w ostatnich sekundach dwie próby zawodniczek CCC z bliskiej odleglości od kosza nie doszły celu i to koszykarki Wisły mogły cieszyć sie ze zdobycia tytułu mistrzyn Polski! Najlepszą zawodniczką tego meczu była ponownie Lewczenko (13 pkt i 14 zbiórek), zatem dla nikogo nie było zaskoczeniem, że to właśnie białoruska środkowa została uznana MVP całej finałowej rywalizacji. Wielkie brawa należą sie jednak także Ewelinie Kobryn, która nie była już tak silnym punktem drużyny jak w meczach półfinałowych, ale grała ze złamanym palcem prawej ręki, wykazując się ogromnym hartem ducha. Już wkrótce zadebiutuje w lidze WNBA, w barwach New York Liberty, zatem również za Oceanem będzie klubową koleżanką Nicole Powell.





Wiadomo już wstępnie, które koszykarki pozostaną w Wiśle w przyszłym sezonie, a także znane są dwa nazwiska w rubrykach "przybyły" i "odeszły". Najważniejsza jednak wiadomość jest taka, że duet Jose Ignacio Hernandez - Jordi Aragones poprowadzi zespół także w przyszłym sezonie. Podpisanie nowego kontraktu z tak uznanym w Europie fachowcem jak Hernandez to dobry ruch działaczy Wisły, a zarazem ich duży sukces.

piątek, 7 stycznia 2011

Co było i co będzie...


Jutro koszykarki Wisły wracają na parkiety. W ćwierćfinale Pucharu Polski zmierzą się w Krakowie z Liderem Pruszków, a już w sobotę również w hali przy Reymonta rozegrają mecz ligowy z Odrą Brzeg. W porównaniu do składu grającego w ostatnich tygodniach 2010 roku, powraca po kontuzji Gunta Basko, natomiast zadebiutuje Nicole Powell, która ma stanowić o sile ofensywnej zespołu (średnia 16,0 pkt w poprzednim sezonie Euroligi w barwach Fenerbahce Stambuł mówi sama za siebie). Zabraknie za to Janell Burse. Amerykanka spisywała się w grudniu słabo. Władze klubu dociekały przyczyn tej niedyspozycji, zarządzając nawet dodatkowe badania lekarskie. Wszystko wyjaśniło się jednak po świątecznym wyjeździe zawodniczki do USA - okazało się, że Janell jest w początkowym okresie ciąży! Zarząd TS Wisła poinformował w niedzielę o rozwiązaniu kontraktu i pilnie zabrał się za poszukiwanie następczyni. Priorytetem była zawodniczka z europejskim paszportem i taką dosłownie w ostatnich godzinach udało się zakontraktować. W barwach Wisły będzie występować świetna Białorusinka, Jelena Lewczenko (powszechnie określana w mediach jako Leuczanka, ale oryginalna pisownia nazwiska przeczy tej wersji), grająca dotąd w AZS Gorzów. Ten klub dopadły problemy finansowe i nie był w stanie płacić jednej z najlepszych europejskich środkowych wysokiego kontraktu. Taka sytuacja sprawi, że zarówno w Eurolidze, jak i PLKK wiślaczki mogą grać w tym samym składzie (jak pisałem poprzednio - w przypadku obecności Burse było to niemożliwe, gdyż w kadrze byłyby trzy zawodniczki spoza Europy, zaś w Eurolidze mogą grać jedynie dwie).

Tak wygląda na chwilę obecną sytuacja w teamie koszykarek Wisły. A jak można ocenić postawę poszczególnych zawodniczek w dotychczasowych meczach PLKK i Euroligi?

Zacząć należy od tego, że - o czym wspominałem w zeszłym tygodniu - inaczej niż w poprzednim sezonie jest skonstruowany skład zespołu Jose Ignacio Hernandeza. Miejsce efektownych, nieraz nieobliczalnych Fernandez, Cohen czy Castro zajęły zawodniczki bardziej przewidywalne, znane ze swojej ambitnej postawy w obronie. Niewątpliwie w zeszłym sezonie ten element był piętą Achillesową wiślaczek. Taka konstrukcja składu przełożyła się jednak na mniejszą ilość zdobywanych punktów i nieraz tą niemoc w ataku widać jak na dłoni.

O ile w poprzednim sezonie praktycznie każda z zawodniczek z pierwszej piątki była w stanie wziąć na siebie w krytycznym momencie ciężar zdobywania punktów, to w obecnych rozgrywkach (zwłaszcza w Eurolidze) można w tej mierze liczyć w zasadzie jedynie na Ewelinę Kobryn i Erin Phillips. Wychowanka Wisły w kolejnym sezonie udowadnia, że jest najlepszą środkową w Polsce i na tej pozycji można zaliczyć ją do europejskiej czołówki. Średnie 15,0 pkt i 6,4 zbiórki w Eurolidze, dobitnie o tym świadczą. Australijka jest za to niesamowicie waleczna, nie ma dla niej straconych piłek, dużo widzi na parkiecie, a w trudnych chwilach nie boi się  brać odpowiedzialności za zdobywanie punktów. Czasem jednak to jej - oraz koleżanek - zaufanie do własnych umiejętności nie wychodzi na dobre, czego przykładem była ostatnia akcja w feralnym meczu przeciwko Taranto. Jednak bezsprzecznie Erin jest dla Wisły bezcenna. 

Na pewno natomiast nie tak mocnym punktem drużyny jak w poprzednim sezonie była przywoływana wyżej Burse. Od początku rozgrywek było widać jej brak zdecydowania, większe trudności w zdobywaniu punktów. Być może było to spowodowane urazem, jakiego nabawiła się jeszcze pod koniec września. Poza tym rywalki po jej wcześniejszych osiągnięciach zwracały na nią większą uwagę. Istotna była też zmiana na pozycji pierwszej rozgrywającej. Wiadomo, że od playmakera wymaga się m. in. umiejętnego dogrywania piłek do podkoszowych - ten element w obecnym sezonie na pewno nie wychodzi tak dobrze jak w poprzednim. Swoje mogło też zrobić swoiste osamotnienie Janell, brak takiej nici porozumienia z resztą zespołu, nie tylko na parkiecie. W grudniu było już widać wyraźną obniżkę formy, zagubienie, zwłaszcza w ataku. W jednym z wywiadów prezes Ludwik Miętta-Mikołajewicz nieśmiało zastanawiał się nawet nad możliwością rozwiązania kontraktu z Amerykanką. Realizację tych hipotez wyprzedziła sama zawodniczka. Lewczenko prezentuje co najmniej ten sam poziom co Burse. Zatem siła pod koszem na pewno nie osłabnie, a zapewne będzie nawet jeszcze lepiej (zwłaszcza wobec wyraźnie gorszej ostatnio dyspozycji Janell). Oby tylko Białorusinkę omijały urazy, trapiące ją nieco w ostatnich tygodniach w Gorzowie.

Zmienniczka Kobryn i Burse, pozyskana z Lotosu Gdynia, Magdalena Leciejewska na początku sezonu miała problemy z kolanem - nie pierwszy raz w swojej karierze. Potem jej gra ogólnie zadowalała, chociaż dużo więcej wnosiła do gry w PLKK (średnio 11,4 pkt na mecz) niż w Eurolidze. Waleczna, dobrze trafiająca z półdystansu, jednak zdarzało się jej stanowczo zbyt wiele pudeł spod samego kosza. Na pewno będzie jeszcze bardzo pożyteczna w tym sezonie.

Problemy są na pozycjach nr 1 i 3. O ile na tej pierwszej są dwie w miarę równorzędne zawodniczki, to ich poziom nie jest zbyt zachwycający, zwłaszcza jak na wymagania Euroligi. Co z tego, że Andja Jelavić była w zeszłym sezonie najlepszą podającą tych rozgrywek, skoro gra zespołu Gospić Croatia była jedną wielką prowizorką? Chorwatka jest - owszem - ambitna, szybka, walczy w obronie, biega do kontrataków, ale to za mało. Wprawdzie jest najlepiej podającą zespołu w Eurolidze (4,0 asysty na mecz), ale notuje koszmarne straty, gubi się w końcówkach meczów (np. z Gorzowem czy Taranto). Kompletnie nie umie dobrze, przytomnie rozegrać akcji, przewidzieć wydarzeń na boisku, niedokładnie, wręcz chaotycznie podaje, kiepsko współpracuje z wysokimi zawodniczkami. Te elementy to dla rozgrywającej podstawa. Do tego jej skuteczność z dystansu i z linii rzutów wolnych wręcz zatrważa. Paulina Pawlak również nie zachwyca i jest pod względem stylu podobną zawodniczką, ale jej gra aż tak nie razi, do tego dysponuje lepszym rzutem za 3 pkt, a jej znakiem firmowym jest waleczność - potrafi przykleić się do prowadzącej akcję rywalki niczym pittbull i wydrzeć jej piłkę. Wielu kibiców tęskni za finezyjną, choć nieraz niezbyt rozsądną Liron Cohen, czy za prawdziwym mózgiem zespołu, jakim przez 5 lat była Jelena Skerović. To na pewno wyższa europejska półka. Cóż, w tym sezonie tak dobrze nie jest...

Sprawa na pozycji niskiej skrzydłowej od początku sezonu była skomplikowana. Mogą tam grać Gunta Basko, Katarzyna Krężel i Dorota Gburczyk-Sikora. Te dwie pierwsze są w stanie występować także na pozycji nr 2, wspierając Erin Phillips. Sprawę znacznie skomplikowała kontuzja Łotyszki i jej dwumiesięczna przerwa w grze. Do tego momentu nie zachwycała, ale dała się poznać jako zawodniczka solidna, dobra w grze obronnej, niezła w rzutach za 3 pkt. Jej wadą była jednak niestabilność formy. Krężel początkowo wykorzystywała szansę gry w większym wymiarze czasowym, jednak później straciła pewność siebie i już wnosiła znacznie mniej do gry zespołu. Dobrze więc, że najlepszy od wielu lat sezon notuje kapitan Wisły. Dorota po wyjściu za mąż wyraźnie nabrała nowych sił. To już nie ta sama zawodniczka, której po wyjściu na parkiet trzęsły się ręce i nie wiedziała, co zrobić z piłką. Walczy na deskach, nieźle broni, no i dokłada więcej punktów niż w poprzednich latach. Sytuacja na pozycji niskiej skrzydłowej wyraźnie zmieni się po przyjściu Powell i wyleczeniu się Basko. To Amerykanka będzie podstawową opcją, zaś Gunta zapewne będzie zmieniać ją i Phillips. W PLKK pewnie trochę pograją również Krężel i Gburczyk-Sikora, ale już nie w takim wymiarze jak dotąd.

Maja Vucurović, Katarzyna Gawor i Agnieszka Śnieżek stanowiły głęboką rezerwę i na parkiet wchodziły jedynie, gdy było już "pozamiatane". Martwi brak postępów tej pierwszej - a może brak otrzymywanych szans. Wydaje się, że powinna zostać wypożyczona do innego klubu, gdzie mogłaby więcej pograć, a przede wszystkim nabrać pewności siebie. Na pewno młodziutka Serbka ma duży talent, ale w jej przypadku może nie znaleźć to przełożenia na dalszą karierę. Obym był złym prorokiem.

Jak wspomniałem na wstępie - plusem ekipy Wisły w tym sezonie jest gra obronna, której konsekwencją jest znacznie mniejsza ilość traconych punktów (w Eurolidze - średnio 59,8 pkt na mecz, w poprzednim sezonie - 73,4), jednak też drużyna mniej ich zdobywa (Euroliga - średnio 65,1, czyli o prawie 14 pkt mniej). Wynika to właśnie z innej konstrukcji teamu, braku "strzelb" - chociaż te proporcje może zmienić pojawienie się Powell. Sztab trenerski podchodzi też z większą powagą do meczów ligowych, dobrze rozpracowując poszczególne zespoły. Ważne jest, że w trakcie meczu Hernandez umie skorygować grę zespołu, zmobilizować, choćby po nieudanej pierwszej połowie. O ile do przerwy Wisła nieraz traci około 40 pkt, to w trzeciej i czwartej kwarcie rywalki gubią się wobec świetnej defensywy i niekiedy ledwo przekraczają granicę 60 pkt w całym meczu. Minusem jest na pewno - o czym wspominałem - słabsze niż w poprzednim sezonie konstruowanie akcji. Poza tym piętą Achillesową są niewątpliwie rzuty wolne. W Eurolidze skuteczność w tym elemencie wyniosła 65%, a w PLKK było jeszcze gorzej. 63% to najniższy odsetek spośród wszystkich trzynastu ekip! Nie pomogły  zbyt wiele specjalne treningi rzutowe. Najgorszą skuteczność z linii rzutów wolnych miały Burse i Jelavić. Można stwierdzić, że "dzięki" fatalnie egzekwowanym osobistym wiślaczki przegrały u siebie z AZS Gorzów, a w wielu meczach dostarczały niepewności w końcówce. Ten element będzie szalenie ważny również w kolejnych meczach, gdzie często wynik może być bliski remisu.


Podsumowując - w tym sezonie emocji już nie brakowało, a na pewno będzie ich jeszcze więcej, bo przecież walka zarówno w polskiej ekstraklasie, jak i Eurolidze wchodzi w decydującą fazę.



poniedziałek, 27 grudnia 2010

Nie jest źle, ale...


W obecnym sezonie koszykarki Wisły Can Pack Kraków rozegrały dotąd łącznie 22 mecze w rozgrywkach polskiej ekstraklasy i Euroligi. Obecnie trwająca przerwa świąteczno-noworoczna skłania do analizy na temat dotychczasowych wyników drużyny, której występom przyglądam się z dużą uwagą.

Zacząć należy od sytuacji z poprzedniego sezonu, bowiem miał on spory wpływ na określenie pewnych priorytetów przez kierownictwo klubu. Niekwestionowanym sukcesem był awans do rozgrywek Final Four Euroligi, ale jednocześnie zespół prowadzony przez Jose Ignacio Hernandeza nie awansował do półfinału play off w PLKK! Niepowodzenie na krajowym podwórku spowodowało, że celem nr 1 dla włodarzy TS Wisła jest w obecnym sezonie odzyskanie tytułu mistrza Polski, zaś osiągnięcia na europejskich parkietach są jakby dodatkiem. Sporej przebudowie uległ skład. Odeszła przede wszystkim – po trzech latach występów w barwach Wisły – świetna Marta Fernandez, zespół opuściły także krytykowane za słabą postawę w lidze Liron Cohen i Iziane Castro-Marquez, niezbyt pasująca do zespołu Katerina Zohnova, zaś spośród Polek najistotniejsze były ubytki doświadczonych podkoszowych: Agnieszki Majewskiej i Anny Wielebnowskiej. W ich miejsce do Krakowa trafiły: MVP poprzedniego sezonu PLKK – Australijka Erin Phillips,  chorwacka rozgrywająca Andja Jelavić, doświadczona Łotyszka Gunta Basko oraz dwie reprezentantki Polski: Magdalena Leciejewska i Katarzyna Krężel. W styczniu drużynę ma wzmocnić jeszcze amerykańska skrzydłowa Nicole Powell.

W polskiej ekstraklasie wiślaczki zajmują jak dotąd pierwsze miejsce – na 14 meczów odniosły 13 zwycięstw. Przy pewnej dozie szczęścia (ale chyba jeszcze bardziej rozsądku) bilans po stronie porażek mógł być zerowy. Jednak 14 listopada wicemistrzynie Polski, AZS PWSZ Gorzów Wlkp. w hali przy Reymonta prowadziły niemal od samego początku, zaś ekipie Wisły gra nie kleiła się. Dopiero zryw w czwartej kwarcie spowodował odwrócenie się sytuacji. W ostatniej minucie szansa na zwycięstwo była spora, ale wiślaczki spudłowały cztery rzuty wolne pod rząd, a następnie nie faulowały rywalek, które wykorzystały to bezwzględnie, trafiając równo z końcową syreną za 3 pkt, dzięki czemu doprowadziły do dogrywki, w której minimalnie wygrały... Cóż, taki jest sport, a w lutym w Gorzowie sytuacja może się odwrócić. Poza tym drużyna dowodzona przez Hernandeza raczej bez większych problemów odnosiła wygrane. Szczególnie cenne były ciężko wywalczone triumfy w Polkowicach i Toruniu, z zespołami zaliczanymi do ścisłej czołówki PLKK. Oprócz tego, jedynie w inaugurującym ligę meczu z Artego Bydgoszcz oraz w ostatnim z dotychczasowych – przeciwko Tęczy Leszno – o wygranych decydowała nerwowa końcówka. Pozostałe spotkania kończyły się wyraźnymi zwycięstwami faworytek z Krakowa – spośród nich na uwagę zwraca odprawienie różnicą 28 pkt mistrzyń z poprzednich dwóch sezonów (choć w obecnych rozgrywkach dysponują one cokolwiek słabszym składem i na parkiecie, i na ławce trenerskiej) – Lotosu Gdynia.

Z powodu rozstawienia w Eurolidze – będącego rzecz jasna konsekwencją awansu do Final Four – w obecnym sezonie grupa, do której trafiła Wisła, jest łatwiejsza od tej z poprzedniego sezonu. Taranto, Kosice, Pecs, Mondeville, Ryga – niewątpliwie nie są to ekipy z europejskiego topu. Jedynie Taranto dysponuje składem i aspiracjami podobnymi do teamu z Krakowa. Właśnie z tą drużyną wiślaczki poniosły dwie porażki. O ile niepowodzenie we Włoszech było niejako wkalkulowane w ryzyko (6 pkt różnicy po bardzo zaciętym meczu), to przegrana z włoskim teamem w hali przy Reymonta boli z kilku powodów. Po pierwsze – zawodniczki Wisły przegrały po dramatycznej końcówce różnicą zaledwie 1 pkt, przy czym na ostatnią akcję nie miały sensownego pomysłu, zostawiając wszystko Erin Phillips. Taka strategia była zbyt czytelna i miała nikłe szanse powodzenia. Po drugie – ta porażka przerwała passę szesnastu kolejnych zwycięstw na własnym parkiecie w Eurolidze (poprzednio w Krakowie wygrał Halcon Avenida Salamanca 12 listopada 2008 r. - trenerem hiszpańskiego teamu był wówczas... Jose Ignacio Hernandez). Wreszcie po trzecie, chyba najważniejsze – to rozstrzygnięcie może spowodować, że Wisła nie będzie mieć atutu własnej hali nawet w pierwszej rundzie play off. Jeszcze pod tym względem nie wszystko stracone, ale trzeba wygrać zarówno w Rydze, jak i Koszycach (co będzie dużo trudniejsze), choć i tak wówczas jeszcze nie będzie pewności co do znalezienia się w pierwszej ósemce po rozgrywkach sezonu zasadniczego. Ciężko zrozumieć też - a może przede wszystkim - wpadkę na inaugurację rozgrywek w Mondeville. Do przerwy Wisła miała 9 pkt przewagi, ale w drugiej połowie coś się załamało i przegrała 65:76... Francuzki zagrały jedno z dwóch najlepszych spotkań w Eurolidze (ograły też Taranto i dla Włoszek była to jak dotąd jedyna porażka), bo ich ostatnie osiągnięcia cokolwiek nie zachwycają, a może po prostu w ich przypadku wszystko wróciło do "normy". Tym bardziej więc team Hernandeza nie powinien był dopuścić do takiego rozstrzygnięcia. W Krakowie dość pewnie wygrała Wisła, z nawiązką odrabiając stratę w małych punktach z Mondeville (65:47). Poza tym koszykarki z Białą Gwiazdą na koszulce dwukrotnie ograły „stare znajome” z Pecsu (pewniej na Węgrzech niż w Krakowie), były bezwzględne dla TTT Ryga (89:48 mówi samo za siebie) i po nieco nerwowym meczu wygrały z Dobrymi Aniołami z Koszyc (66:61).

Bilans 5-3 gwarantuje już teraz spokojny awans do play off, ale czy to było celem samym w sobie dla wiślaczek przed rozpoczęciem tego sezonu? Tutaj trzeba mieć wątpliwości. Podkreślę jeszcze raz – grupa jest naprawdę łatwa, więc najistotniejsze powinno być wyśrubowanie jak najlepszego wyniku, aby miało to przełożenie na pozycję po sezonie zasadniczym, co wręcz wymusza taki, a nie inny regulamin rozgrywek. W zeszłym sezonie bilans 9-1 pozwolił Wiśle na rozstawienie z nr 3 w drabince play off i tym samym posiadanie atutu własnego parkietu zarówno w pierwszej, jak i drugiej rundzie. Obecnie, po ośmiu meczach bilans 7-1 był jak najbardziej realny i osiągnięcie go znacznie przybliżyłoby pierwszą czwórkę przed play off. Jednak chyba dają tutaj znać o sobie nakreślone przez działaczy priorytety – od Euroligi ważniejsze są rozgrywki PLKK i to przede wszystkim na krajowym podwórku trzeba się koncentrować na odnoszeniu zwycięstw...


Jeśli chodzi o ekstraklasę, wiślaczki czeka w miarę spokojny styczeń. W zasadzie tylko spotkanie z Energą w Krakowie może dostarczyć pewnych emocji, choćby z uwagi na osobę coacha toruńskiego teamu, Elmedina Omanicia, który doprowadził Wisłę w latach 2006-07 do triumfów w krajowych rozgrywkach. W drugiej połowie lutego odbędą się za to dwa szalenie istotne mecze dla układu czołowej trójki - najpierw wyjazd do Gorzowa, a następnie gra u siebie przeciwko polkowickiemu CCC. Nieco więcej wysiłku mogą kosztować wyjazdowe spotkania w Gdyni i Pruszkowie. Natomiast w Eurolidze będą - jak wspomniałem - dwa bardzo ważne w kontekście pozycji przed play off występy na obcych parkietach. Drużynie powinna już pomóc powracająca po złamaniu kości śródstopia Gunta Basko. Nieco bardziej skomplikowana sytuacja jest z Nicole Powell. Jej przyjazd z pewnością ożywi grę na obwodzie i wprowadzi nowe rozwiązania taktyczne, ale wszystko wskazuje na to, że jedynie w PLKK. W rozgrywkach europejskich mogą grać bowiem tylko dwie zawodniczki spoza Europy, a przecież są już w składzie Phillips i Burse. Zatem istnieje jedynie możliwość wymiany którejś z nich.


Jednak o tym, jak zaprezentowały się w dotychczasowych meczach poszczególne zawodniczki Wisły, napiszę następnym razem.