Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Euroliga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Euroliga. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 lutego 2011

Pożegnanie z Euroligą


W piątek koszykarki Wisły Can Pack przegrały z Halcon Avenida Salamanca i odpadły z rozgrywek Euroligi. Nie dane było im więc powtórzyć ubiegłoroczne osiągnięcie, gdy awansowały do prestiżowego Final Four. Czy jednak w tej sytuacji można mówić o jakiejś porażce czy regresie? Nie wydaje mi się.

Jak wspominałem kilka tygodni temu - głównym celem zespołu w tym sezonie jest odzyskanie tytułu mistrza Polski. Sukces w Eurolidze byłby oczywiście mile widziany, jednak nie był tak powszechnie oczekiwany. Dlatego też awans do ćwierćfinału tych rozgrywek przyjęto w Krakowie z dużą radością, mając jednocześnie świadomość, że kolejna przeszkoda jest jeszcze trudniejsza niż Nadieżda Orenburg, choćby z racji atutu własnej hali, jaki posiadały Hiszpanki.

Już pierwszy mecz - we wtorek 22 lutego - pokazał, że poza tym  faktem mają w swoim składzie kilka wysokiej klasy zawodniczek. Pierwsza kwarta, wygrana różnicą 4 pkt, dawała jeszcze wiślaczkom nadzieję na wygraną, ale w kolejnej części gry dostały surową lekcję - wynik 14:34 mówi wszystko. W drugiej połowie Salamanca kontrolowała sytuację na parkiecie i w pełni zasłużenie wygrała 87:70.

Oczekiwano, że trzy dni później ekipa doskonale w Salamance znanego i popularnego Jose Ignacio Hernandeza wzniesie się na wyżyny swoich umiejętności i będzie w stanie doprowadzić do decydującego meczu w Hiszpanii. Tak się jednak nie stało. Od początku zarysowała się przewaga Salamanki, wynosząca w drugiej kwarcie już 14 pkt. Końcówka pierwszej połowy to lepsza gra wiślaczek, które nadrobiły część dystansu. Również w trzeciej kwarcie dzielnie stawiały czoła rywalkom i gdy przegrywały 38:43, nastąpił totalny regres. Do końca ćwiartki zdobyły tylko 2 pkt, tracąc 14. Początek czwartej kwarty to dalsze powiększanie przewagi przez Hiszpanki. Końcówka nie miała już zatem żadnego znaczenia. Porażka 60:72 stała się faktem.

W tym miejscu trzeba jednak podkreślić klasę rywalek. Takie zawodniczki, jak Erica De Souza, Sancho Lytlle czy Alba Torrens z pewnością należą do ścisłej czołówki spośród wszystkich grających w tym sezonie Euroligi. Do tego świetnie w obydwu meczach przeciwko Wiśle wypadła zawodniczka z drugiego planu - Anke De Mondt. Wydaje się, że Salamanca posiada nieco mocniejszy skład niż w poprzednim sezonie, gdy dwukrotnie uległa w fazie grupowej Euroligi drużynie z Krakowa. Wówczas były to zacięte mecze, a teraz wygrane Hiszpanek nie podlegały żadnej dyskusji. Czy zatem Wisła zrobiła krok wstecz? Tak mogłoby się wydawać, bo przecież występy w Eurolidze zakończyła we wcześniejszej fazie. Jednak w poprzednim sezonie wiślaczkom na europejskich parkietach udawało się niemal wszystko, a w obecnym przytrafiły się dwie przykre wpadki, które rzutowały potem na rozstawienie przed play off. Bezsensowne jest gdybanie, czy byłyby inne wyniki, jeśli występowałyby wówczas Nicole Powell i Jelena Lewczenko.
Faktem jest, że ich obecność w składzie sprawiła, że Wisła nie tylko planowo pokonała w Rydze zespół TTT, ale także tydzień później wygrała ciężki mecz w Koszycach, gdzie przegrywała jeszcze na 5 minut do końca różnicą 8 pkt. Te wyniki sprawiły, że wiślaczki rzutem na taśmę zapewniły sobie atut własnego parkietu w pierwszej rundzie play off, będąc rozstawione na szóstym miejscu. W tej fazie rozgrywek przyszło im jednak zetknąć się z rywalem chyba mocniejszym pod względem potencjału kadrowego - Nadieżdą Orenburg. W składzie rosyjskiej drużyny są takie indywidualności jak Tina Charles, Becky Hammon, Anastazja Weramiejenko, Shameka Christon czy Ludmiła Sapowa. Pierwszy mecz był prawdziwym horrorem - wiślaczki dały sobie wyrwać w ostatnich minutach 12-punktowe prowadzenie i doszło do dogrywki, jednak w niej wykazały więcej zimnej krwi., wygrywając 75:70. Wielu obserwatorów spodziewało się powrotu rywalizacji do Krakowa na decydujący mecz. Wskazywała na to też pierwsza kwarta meczu w Orenburgu. Jednak później ekipa Hernandeza odrobiła straty. Przed czwartą kwartą Nadieżda miała tylko 1 pkt przewagi. Wtedy popis gry dały Erin Phillips, Powell oraz nieoczekiwanie Paulina Pawlak. Australijka zdobyła 22 pkt, trafiając 6 na 7 rzutów za 3 pkt! Cały zespół trafił z dystansu 11 rzutów na 21 oddanych i ta dobra skuteczność była jednym z kluczy do wygranej. Na pewno trenerzy Wisły dobrze odrobili taktyczną lekcję. Tak więc z awansu do najlepszej ósemki Euroligi można było cieszyć się bez konieczności rozgrywania trzeciego meczu.

Przed rywalizacją z Salamanką spodziewano się, że hiszpański sztab szkoleniowy podobnie jak w poprzednim sezonie znajdzie skuteczną receptę na doskonale sobie znaną (chociaż już w zmienionym zestawieniu) drużynę.  Tak się jednak nie stało. Wydaje się, że z kilku przyczyn przygotowanie do meczów z Salamanką nie było optymalne, a na pewno nie tak dobre, jak do potyczek z Nadieżdą.

Czego zabrakło Wiśle? Przede wszystkim zdrowia, zgrania i wiary we własne możliwości. Po meczach z Nadieżdą przez dwa tygodnie w zasadzie nie trenowała z powodu grypy Lewczenko. Na treningu 10 lutego Powell uszkodziła staw skokowy, wskutek czego nie wystąpiła w meczach ligowych w Gdyni i Gorzowie, a ten niezaleczony uraz doskwierał jej w pojedynkach z Salamanką. Poza tym na drobniejsze urazy narzekały Phillips i Ewelina Kobryn. Jednym słowem - wszystkie kluczowe dla Wisły zawodniczki nie były w pełni sprawne. Istotny był także zmiany kadrowe na początku roku. Odejście dwóch zawodniczek (oprócz Janell Burse również Dorota Gburczyk-Sikora spodziewa się dziecka) i przyjście dwóch nowych, a także powrót po kontuzji Gunty Basko sprawiły, że drużyna miała inne oblicze niż jeszcze w grudniu. Personalnie na pewno silniejsza, ale szkoda, że nie było możliwości gry w takim zestawieniu od początku sezonu. Wówczas na pewno byłaby większa szansa ogrania Salamanki. Wobec tych okoliczności, a także dobrego rozszyfrowania atutów Wisły przez sztab trenerski hiszpańskiej drużyny, zabrakło pewności siebie, zadziorności. W meczu w Krakowie nie było też odpowiedniego wsparcia ze strony publiczności - oczywiście był doping, ale atmosfera cokolwiek odbiegała choćby od tej sprzed roku, gdy Wisła walczyła o Final Four z Frisco Sika Brno, czy nawet z meczu z Nadieżdą.

Na pewno mniej przyjemnie byłoby przegrać dwukrotnie po zaciętych końcówkach niż w sytuacji, gdy gołym okiem widać, że było się słabszym. Poza tym co w kwestii braku awansu do Final Four mają powiedzieć kibice Fenerbahce Stambuł? Zgromadzono tam prawdziwy dream team, bilans 10-0 w fazie grupowej mówił wszystko o sile tej ekipy i jej aspiracjach. Tymczasem w ćwierćfinale dwukrotnie lepsze okazały się  zawodniczki Spartaka Moskwa - triumfatora Euroligi w poprzednich czterech sezonach, ale w obecnym zawirowania kadrowe i organizacyjne sprawiły, że ten zespół przystąpił do play off dopiero z ósmego miejsca. Faworytki ze Stambułu zostały dotkliwie pobite - porażki różnicą 8 i 18 pkt dobrze o tym świadczą. Tak więc w play off można stracić bardzo wiele, a wiślaczki nie straciły nic, bo startowały do tej fazy z szóstego miejsca i zakończyły rywalizację w ćwierćfinale.

W PLKK Wisła wygrała w styczniu bez większych problemów pięć meczów. W lutym była przerwa z powodu pokazowego meczu: reprezentacja Polski - gwiazdy PLKK. Następnie wiślaczki bez Powell i Lewczenko przegrały w Gdyni z wyraźnie odradzającym się Lotosem. Trzy dni później kolejny trudny wyjazd - tym razem zagrała już Lewczenko, która stanęła przeciwko swojemu byłemu klubowi, czyli AZS Gorzów. Wygrana Wisły 68:57 stanowiła zarazem rewanż za listopadową porażkę na własnym parkiecie. 

Na trzy kolejki przed końcem pewne jest, że ekipa Hernandeza będzie przed play off polskiej ligi na pierwszym albo drugim miejscu. O wszystkim zdecyduje mecz w najbliższą środę z mającym tyle samo wygranych CCC Polkowice. Już w najbliższy weekend właśnie w Polkowicach odbędzie się turniej finałowy o Puchar Polski. 8 marca w Gdyni odbędzie się Mecz Gwiazd Euroligi, w którym wystąpią Kobryn i Lewczenko. W kolejnych czterech dniach dwa ostatnie mecze sezonu zasadniczego PLKK (wyjazdy do Lidera Pruszków i Widzewa Łódź), a już 16 marca zaczyna się play off. 


Trzeba wierzyć w to, że koszykarki Wisły podołają tym wszystkim trudom i w kwietniu sprawią radość wszystkim kibicom, odzyskując tytuł mistrzyń Polski.




poniedziałek, 27 grudnia 2010

Nie jest źle, ale...


W obecnym sezonie koszykarki Wisły Can Pack Kraków rozegrały dotąd łącznie 22 mecze w rozgrywkach polskiej ekstraklasy i Euroligi. Obecnie trwająca przerwa świąteczno-noworoczna skłania do analizy na temat dotychczasowych wyników drużyny, której występom przyglądam się z dużą uwagą.

Zacząć należy od sytuacji z poprzedniego sezonu, bowiem miał on spory wpływ na określenie pewnych priorytetów przez kierownictwo klubu. Niekwestionowanym sukcesem był awans do rozgrywek Final Four Euroligi, ale jednocześnie zespół prowadzony przez Jose Ignacio Hernandeza nie awansował do półfinału play off w PLKK! Niepowodzenie na krajowym podwórku spowodowało, że celem nr 1 dla włodarzy TS Wisła jest w obecnym sezonie odzyskanie tytułu mistrza Polski, zaś osiągnięcia na europejskich parkietach są jakby dodatkiem. Sporej przebudowie uległ skład. Odeszła przede wszystkim – po trzech latach występów w barwach Wisły – świetna Marta Fernandez, zespół opuściły także krytykowane za słabą postawę w lidze Liron Cohen i Iziane Castro-Marquez, niezbyt pasująca do zespołu Katerina Zohnova, zaś spośród Polek najistotniejsze były ubytki doświadczonych podkoszowych: Agnieszki Majewskiej i Anny Wielebnowskiej. W ich miejsce do Krakowa trafiły: MVP poprzedniego sezonu PLKK – Australijka Erin Phillips,  chorwacka rozgrywająca Andja Jelavić, doświadczona Łotyszka Gunta Basko oraz dwie reprezentantki Polski: Magdalena Leciejewska i Katarzyna Krężel. W styczniu drużynę ma wzmocnić jeszcze amerykańska skrzydłowa Nicole Powell.

W polskiej ekstraklasie wiślaczki zajmują jak dotąd pierwsze miejsce – na 14 meczów odniosły 13 zwycięstw. Przy pewnej dozie szczęścia (ale chyba jeszcze bardziej rozsądku) bilans po stronie porażek mógł być zerowy. Jednak 14 listopada wicemistrzynie Polski, AZS PWSZ Gorzów Wlkp. w hali przy Reymonta prowadziły niemal od samego początku, zaś ekipie Wisły gra nie kleiła się. Dopiero zryw w czwartej kwarcie spowodował odwrócenie się sytuacji. W ostatniej minucie szansa na zwycięstwo była spora, ale wiślaczki spudłowały cztery rzuty wolne pod rząd, a następnie nie faulowały rywalek, które wykorzystały to bezwzględnie, trafiając równo z końcową syreną za 3 pkt, dzięki czemu doprowadziły do dogrywki, w której minimalnie wygrały... Cóż, taki jest sport, a w lutym w Gorzowie sytuacja może się odwrócić. Poza tym drużyna dowodzona przez Hernandeza raczej bez większych problemów odnosiła wygrane. Szczególnie cenne były ciężko wywalczone triumfy w Polkowicach i Toruniu, z zespołami zaliczanymi do ścisłej czołówki PLKK. Oprócz tego, jedynie w inaugurującym ligę meczu z Artego Bydgoszcz oraz w ostatnim z dotychczasowych – przeciwko Tęczy Leszno – o wygranych decydowała nerwowa końcówka. Pozostałe spotkania kończyły się wyraźnymi zwycięstwami faworytek z Krakowa – spośród nich na uwagę zwraca odprawienie różnicą 28 pkt mistrzyń z poprzednich dwóch sezonów (choć w obecnych rozgrywkach dysponują one cokolwiek słabszym składem i na parkiecie, i na ławce trenerskiej) – Lotosu Gdynia.

Z powodu rozstawienia w Eurolidze – będącego rzecz jasna konsekwencją awansu do Final Four – w obecnym sezonie grupa, do której trafiła Wisła, jest łatwiejsza od tej z poprzedniego sezonu. Taranto, Kosice, Pecs, Mondeville, Ryga – niewątpliwie nie są to ekipy z europejskiego topu. Jedynie Taranto dysponuje składem i aspiracjami podobnymi do teamu z Krakowa. Właśnie z tą drużyną wiślaczki poniosły dwie porażki. O ile niepowodzenie we Włoszech było niejako wkalkulowane w ryzyko (6 pkt różnicy po bardzo zaciętym meczu), to przegrana z włoskim teamem w hali przy Reymonta boli z kilku powodów. Po pierwsze – zawodniczki Wisły przegrały po dramatycznej końcówce różnicą zaledwie 1 pkt, przy czym na ostatnią akcję nie miały sensownego pomysłu, zostawiając wszystko Erin Phillips. Taka strategia była zbyt czytelna i miała nikłe szanse powodzenia. Po drugie – ta porażka przerwała passę szesnastu kolejnych zwycięstw na własnym parkiecie w Eurolidze (poprzednio w Krakowie wygrał Halcon Avenida Salamanca 12 listopada 2008 r. - trenerem hiszpańskiego teamu był wówczas... Jose Ignacio Hernandez). Wreszcie po trzecie, chyba najważniejsze – to rozstrzygnięcie może spowodować, że Wisła nie będzie mieć atutu własnej hali nawet w pierwszej rundzie play off. Jeszcze pod tym względem nie wszystko stracone, ale trzeba wygrać zarówno w Rydze, jak i Koszycach (co będzie dużo trudniejsze), choć i tak wówczas jeszcze nie będzie pewności co do znalezienia się w pierwszej ósemce po rozgrywkach sezonu zasadniczego. Ciężko zrozumieć też - a może przede wszystkim - wpadkę na inaugurację rozgrywek w Mondeville. Do przerwy Wisła miała 9 pkt przewagi, ale w drugiej połowie coś się załamało i przegrała 65:76... Francuzki zagrały jedno z dwóch najlepszych spotkań w Eurolidze (ograły też Taranto i dla Włoszek była to jak dotąd jedyna porażka), bo ich ostatnie osiągnięcia cokolwiek nie zachwycają, a może po prostu w ich przypadku wszystko wróciło do "normy". Tym bardziej więc team Hernandeza nie powinien był dopuścić do takiego rozstrzygnięcia. W Krakowie dość pewnie wygrała Wisła, z nawiązką odrabiając stratę w małych punktach z Mondeville (65:47). Poza tym koszykarki z Białą Gwiazdą na koszulce dwukrotnie ograły „stare znajome” z Pecsu (pewniej na Węgrzech niż w Krakowie), były bezwzględne dla TTT Ryga (89:48 mówi samo za siebie) i po nieco nerwowym meczu wygrały z Dobrymi Aniołami z Koszyc (66:61).

Bilans 5-3 gwarantuje już teraz spokojny awans do play off, ale czy to było celem samym w sobie dla wiślaczek przed rozpoczęciem tego sezonu? Tutaj trzeba mieć wątpliwości. Podkreślę jeszcze raz – grupa jest naprawdę łatwa, więc najistotniejsze powinno być wyśrubowanie jak najlepszego wyniku, aby miało to przełożenie na pozycję po sezonie zasadniczym, co wręcz wymusza taki, a nie inny regulamin rozgrywek. W zeszłym sezonie bilans 9-1 pozwolił Wiśle na rozstawienie z nr 3 w drabince play off i tym samym posiadanie atutu własnego parkietu zarówno w pierwszej, jak i drugiej rundzie. Obecnie, po ośmiu meczach bilans 7-1 był jak najbardziej realny i osiągnięcie go znacznie przybliżyłoby pierwszą czwórkę przed play off. Jednak chyba dają tutaj znać o sobie nakreślone przez działaczy priorytety – od Euroligi ważniejsze są rozgrywki PLKK i to przede wszystkim na krajowym podwórku trzeba się koncentrować na odnoszeniu zwycięstw...


Jeśli chodzi o ekstraklasę, wiślaczki czeka w miarę spokojny styczeń. W zasadzie tylko spotkanie z Energą w Krakowie może dostarczyć pewnych emocji, choćby z uwagi na osobę coacha toruńskiego teamu, Elmedina Omanicia, który doprowadził Wisłę w latach 2006-07 do triumfów w krajowych rozgrywkach. W drugiej połowie lutego odbędą się za to dwa szalenie istotne mecze dla układu czołowej trójki - najpierw wyjazd do Gorzowa, a następnie gra u siebie przeciwko polkowickiemu CCC. Nieco więcej wysiłku mogą kosztować wyjazdowe spotkania w Gdyni i Pruszkowie. Natomiast w Eurolidze będą - jak wspomniałem - dwa bardzo ważne w kontekście pozycji przed play off występy na obcych parkietach. Drużynie powinna już pomóc powracająca po złamaniu kości śródstopia Gunta Basko. Nieco bardziej skomplikowana sytuacja jest z Nicole Powell. Jej przyjazd z pewnością ożywi grę na obwodzie i wprowadzi nowe rozwiązania taktyczne, ale wszystko wskazuje na to, że jedynie w PLKK. W rozgrywkach europejskich mogą grać bowiem tylko dwie zawodniczki spoza Europy, a przecież są już w składzie Phillips i Burse. Zatem istnieje jedynie możliwość wymiany którejś z nich.


Jednak o tym, jak zaprezentowały się w dotychczasowych meczach poszczególne zawodniczki Wisły, napiszę następnym razem.