Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polityka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 października 2011

Wrocławska legenda


Tym razem będzie o innym nowym pośle, byłym wybitnym sportowcu - Macieju Zielińskim. Jego koszykarska kariera, jak również działalność po jej zakończeniu, dowodzą, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu.

Mierzący 198 cm rzucający obrońca lub niski skrzydłowy prawie całą karierę spędził w Śląsku Wrocław, z 3-letnią przerwą na studia w USA. Kolekcjonował tytuły mistrzów Polski (ma ich na koncie aż osiem), zaliczał świetne występy w Pucharze Europy, a potem Eurolidze, będąc jednym z prawdziwych liderów swojej drużyny. Był uznawany MVP sezonu w polskiej ekstraklasie oraz finałach play off. Również w reprezentacji Zieliński odgrywał znaczącą rolę, choćby na pamiętnych mistrzostwach Europy w 1997 roku. Styl gry przysporzył mu mnóstwo zwolenników, nie tylko we Wrocławiu. Szybki, skoczny, silny fizycznie, świetny zarówno w ataku, jak i obronie, gdzie notował wiele przechwytów, popisujący się bardzo widowiskowymi slum dunkami. Dodatkowy atut stanowił fakt, że popularny "Zielony" był leworęczny, przez co bardzo ciężko było go upilnować. Charakterystyczne rzuty z półdystansu o tablicę po wcześniejszym zwodzie wyprowadziły w pole niejednego przeciwnika.

W 2006 roku, w wieku 35 lat, Zieliński uznał, że czas pożegnać się z parkietem. Na początku kolejnego sezonu klub urządził mu pożegnanie. Przed meczem Śląska w hali Orbita wywieszono koszulkę z numerem 9, który został zastrzeżony - odtąd żaden zawodnik wrocławskiego klubu nie może grać z tym numerem. Dotąd takie uroczystości były znane tylko z NBA, zatem uhonorowanie w ten sposób "Zielonego" jeszcze bardziej podkreśla skalę jego zaslug dla klubu i polskiego basketu w ogóle.

Były już koszykarz został miejskim radnym, aktywnie działając na rzecz rozwoju sportu we Wrocławiu, m. in. przy okazji męskiego Eurobasketu w 2009 roku i spraw związanych z organizacją Euro2012. Objął także funkcję prezesa koszykarskiego Śląska Wrocław - jednak nie tego ekstraklasowego, który po wykupieniu dzikiej karty gra obecnie w ekstraklasie, ale faktycznego spadkobiercy wielkich tradycji, występującego obecnie w drugiej lidze.

 
Czas pokaże, czy Maciej Zieliński sprawdzi się w roli posła (będzie reprezentować PO). W każdym bądź razie, jego dotychczasowa działalność jako radnego, a także zasłużona popularność zdobyta dzięki wspaniałym występom na koszykarskich parkietach, wierności jednemu klubowi i osobowości, nakazują przypuszczać, że posiada ku temu znacznie większe szanse niż "człowiek, który zatrzymał Anglię".


sobota, 29 października 2011

Człowiek, który nie zatrzymał samego siebie


O tym, że Jan Tomaszewski jest nazywany człowiekiem, który zatrzymał Anglię (chodzi o legendarny już mecz na Wembley w 1973 roku), wie praktycznie każdy, kto choć trochę zetknął się z polskim futbolem. Podobnie jak wszyscy, którym dane było usłyszeć lub przeczytać chociaż jedną wypowiedź byłego wybitnego bramkarza, wiedzą, że jest człowiekiem bardzo kontrowersyjnym - oględnie mówiąc.

Po zakończeniu kariery Tomaszewski zajął się komentowaniem wydarzeń piłkarskich, tylko przez krótki okres próbując swoich sił jako trener. Od początku był bardzo krytyczny wobec otaczającej rzeczywistości, często jednak myląc dopuszczalną krytykę ze zwykłym obrażaniem innych ludzi. W latach 90-tych poprzedniego stulecia piętnował gdzie tylko mógł ówczesnego prezesa PZPN, Mariana Dziurowicza. Potem "zajął się" jego następcą, czyli Michałem Listkiewiczem i kolejnymi selekcjonerami reprezentacji Polski. Nie wiadomo, kogo bardziej obecnie nie znosi - czy Grzegorza Latę, czy Franciszka Smudę... Temu pierwszemu zarzuca niekompetencję w kierowaniu PZPN i brak reakcji na konkretne wydarzenia, w tym także słabe wyniki reprezentacji. Już w zeszłym roku grzmiał, że selekcjoner powinien być dyscyplinarnie wyp... ze stanowiska. W ostatnich tygodniach rozpętał aferę z przyznaniem Smudzie licencji Pro w 2004 roku. Doniósł do prokuratury, że popularny Franz otrzymał ją bezprawnie. Tym samym całkowicie zignorował fakt, że ówczesny minister odpowiedzialny za sport uczynił wyjątek - uznając niewątpliwe osiągnięcia trenera (m. in. trzykrotne zdobycie tytułów mistrza Polski, awans z Widzewem do Ligi Mistrzów), przymknął oko na niespełnienie wszystkich wymogów formalnych (brak średniego wykształcenia).

Jednak swoistą wisienką na torcie były słowa, jakich użył Jan T. - podkreślający przy tej okazji swoją przynależność do Klubu Wybitnego Reprezentanta Polski - w odniesieniu do Damiena Perquisa. Mającego polskie obywatelstwo (wynikające z pochodzenia) piłkarza nazwał "odpadem, futbolowym śmieciem". Zaakcentował przy tym, że Perquis zdradził Francję, a dla Polski chce grać tylko w celu wypromowania się na Euro2012. Bardzo dotknięty tą wypowiedzią obrońca Sochaux wynajął prawników, którzy wytoczyli Tomaszewskiemu proces o zniesławienie. Pełna arogancji reakcja byłego bramkarza na podjęcie tych działań prawnych jedynie udowodniła, że czuje się zupełnie bezkarny i na każdego może wylać kubeł pomyj, bo ma do tego pełne prawo. No, może jednak nie na każdego, bo dyżurny krytyk polskiego futbolu zdobył poselski mandat, startując z listy PiS w Łodzi. Podczas kampanii Jarosława Kaczyńskiego nazwał Kazimierzem Górskim polskiej polityki.

Człowiek po trzech rozwodach, który kilka lat temu przyznał, że zupełnie nie żałuje przynależności podczas stanu wojennego do reżimowego Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego, swoim relatywizmem moralnym, a przede wszystkim obrzucaniem wszystkich dookoła błotem idealnie wpasował się do PiS i jego zwolenników. Można byłoby powiedzieć, że to sprawa jego oraz ludzi o takich poglądach. Tylko niestety poprzez zostanie posłem Jan T. będzie mieć kolejny nieodparty argument do tego, aby obrażać innych ludzi - wprawdzie nieraz popełniających błędy, ale korzystających z przysługującej każdemu obywatelowi RP cywilnoprawnej oraz karnoprawnej ochrony własnej czci i godności. Jednak skoro wolno było mi jako dziennikarzowi, futbolowemu ekspertowi, byłemu wybitnemu reprezentantowi Polski, to tym bardziej wolno mi jako wybrańcy Narodu - tak pewnie rozumuje teraz Tomaszewski. Hulaj dusza, piekła nie ma.


Dla wszystkich byłoby jednak lepiej, aby świeżo upieczony poseł mocno zakasał rękawy, zajmując się w Sejmie mrówczą i merytoryczną pracą legislacyjną, czyli czymś, co jest jego podstawowym obowiązkiem. Pytanie tylko, czy będzie chciał to uczynić. Bo przecież fajnie jest kogoś obrażać, nie ponosząc za to jakichkolwiek konsekwencji, zwłaszcza jeśli dotąd tak już się czyniło bardzo często...


poniedziałek, 24 października 2011

Krajobraz powyborczy


9 października Polacy poszli do urn i wybrali swoich przedstawicieli w Sejmie i Senacie.

Ponowne zwycięstwo Platformy nie stanowi zaskoczenia, chociaż sondaże wskazywały, że przewaga nad PiS będzie mniejsza. Okazało się jednak, że 4 lata rządów nie "zużyły" partii Donalda Tuska - prawie 40% głosów należy ocenić za bardzo dobry wynik. Kampania PiS wyglądała całkiem nieźle aż do momentu sławnej już wpadki z Angelą Merkel w tle. Jarosław Kaczyński znowu zdecydował się postraszyć rodaków rzekomym zagrożeniem niemiecką ekspansją, co na pewno przyniosło wzrost poparcia PO.

Największą niespodzianką wyborów jest z pewnością trzecie miejsce i 10% głosów dla Ruchu Palikota. Charyzmatyczny i kontrowersyjny eks-poseł Platformy potrafił dotrzeć głównie do młodego elektoratu, nie ufającego zgranym kartom na scenie politycznej i odrzucającego tradycyjne wartości. Wykorzystał też przy tym niemal perfekcyjnie fatalną kampanię SLD, sprytnie podszywając się pod lewicowe wartości. Owszem, pod względem światopoglądowym ta partia z pewnością ma wiele wspólnego z szeroko rozumianą lewicą - bardzo wyraźnie lansuje koncepecję państwa świeckiego, do Sejmu weszli m. in. zdeklarowany gej i transseksualista. Jednak jest tam także wielu przedsiębiorców, głoszone są hasła podatku liniowego i inne raczej nie do pogodzenia z lewicowością. To wszystko sprawia, że Ruch Palikota to jedna wielka niewiadoma i porównuje się go - także z uwagi na system niekwestionowanego, jednoosobowego przywództwa - do Samoobrony dowodzonej przez Leppera. Bez wątpienia za bardzo słaby - jak na aspiracje - wynik SLD odpowiedzialność ponosi Grzegorz Napieralski, pod którego przewodnictwem partia nie umiała sformułować czytelnego i zachęcającego wyborców programu. Swoją obojętnością na istniejącą rzeczywistość Sojusz wręcz wepchnął do Ruchu Palikota część środowisk (m. in. antyklerykalnych czy broniących praw mniejszości seksualnych). Ta kampania pokazała, jak bardzo Napieralski uwierzył w swoją wielkość po względnie dobrym wyniku w wyborach prezydenckich i jak ogromna przepaść dzieli go w kwestii wiedzy i inteligencji politycznej od Aleksandra Kwaśniewskiego.

PO stworzy koalicję z PSL, które uzyskało wynik prawie identyczny jak ten z poprzednich wyborów - w sumie 235 mandatów to większość, ale niewiele przekraczająca połowę. Zatem w niektórych sprawach pewnie będą czynione zabiegi o wsparcie Ruchu Palikota czy SLD. Te cztery partie nie posiadają jednak większości 2/3, która jest niezbędna do ewentualnych zmian w Konstytucji, a trudno podejrzewać PiS o poparcie podjętych przez PO inicjatyw w tym zakresie. Tusk już zapowiedział, że rząd czeka pewna rekonstrukcja, włącznie z podziałem Ministerstwa Infrastruktury na dwa resorty - możliwe, że podobny scenariusz dotknie także MSWiA. Głównym celem nowego-starego rządu będzie na pewno walka o zminimalizowanie skutków kryzysu, którego cały czas nie udało się zażegnać - tak w Polsce, jak i w Unii Europejskiej. Pytanie, czy premier zdecyduje się na przeprowadzenie reform, które mogłyby się spotkać z niechęcią społeczeństwa. Dotąd unikał takich działań, ale być może będzie zmuszony do ich wdrożenia.

Czy okręgi jednomandatowe w wyborach do Senatu zdały egzamin? Trudno powiedzieć. Jednak patrząc na liczbę wybranych senatorów, będących członkami głównych partii lub popieranych przez nie, należy mieć bardzo istotne wątpliwości. Coś, co miało być główną zaletą w wyborze - brak szyldu partyjnego przy czyimś nazwisku - odegrało rolę dużo mniejszą niż w wyborach samorządowych. Cimoszewicz, Borowski i Kutz to wyjątki, ale zarazem osoby przez wiele lat obecne w polityce.


Spośród parlamentarzystów, którzy po raz pierwszy zasiądą na Wiejskiej w Warszawie, niektórzy są dość barwnymi postaciami, ale to już jakby temat na inne opowiadanie...



niedziela, 21 sierpnia 2011

Zagadka


Biografia Andrzeja Leppera mogłaby posłużyć za scenariusz do niejednego filmowego hitu. Podobnie jak kulisy jego śmierci. Co takiego wydarzyło się na początku sierpnia, że jeden z najbardziej kontrowersyjnych polskich polityków postanowił odebrać sobie życie?

Na to pytanie nie ma dziś jasnej odpowiedzi. Warto zwrócić uwagę na symboliczny moment jego śmierci - dzień wcześniej prezydent oficjalnie podał datę wyborów parlamentarnych, a Andrzej Czuma - jako szef komisji śledczej ds. nacisków służb specjalnych z czasów rządów PiS - stwierdził, że w zasadzie nie można dostrzec konkretnych uchybień, czym zaskoczył zwłaszcza kolegów z PO. A wiadomo, że ofiarą działań CBA w tamtym czasie padł właśnie pełniący funkcję wicepremiera Lepper...

Współpracownicy i rodzina lidera Samoobrony nie wierzą w jego samobójstwo, twierdząc, że nie mógłby tego zrobić - był twardy, nie poddawał się, a do tego odznaczał się religijnością. Również na Białorusi najwyższe władze rzucają mocny cień podejrzeń, wskazując na dziwną zbieżność czasową i podkreślając, że Lepper walczył o prawa człowieka, a polskie władze nieraz chciały go uciszyć.

Te spekulacje trzeba traktować z głęboką rezerwą. Każdemu człowiekowi - nawet najtwardszemu - mogą przytrafić się chwile zwątpienia czy też tajemnice, które w sobie dusi i niekoniecznie zamierza się z nimi uzewnętrzniać. Określenie "nigdy nie mów nigdy" bardzo dobrze opisuje taką sytuację. Reakcja reżimu Łukaszenki w stylu "a u was biją Murzynów" miała propagandowo zatuszować powszechnie występujące tam pogwałcenia swobód demokratycznych i praw człowieka, na które od dawna zwraca uwagę praktycznie cała Europa, w tym oczywiście Polska.

Kwestia samobójstwa jest jednak oczywista i jej podważanie ma taki sam sens, jak opowiadanie o zamachu na prezydencki samolot pod Smoleńskiem, czyli jest bezprzedmiotowa. Stwierdzenie, że osoby trzecie nie przyczyniły się fizycznie do czyjejś śmierci, nie przysparza prokuratorom i policjantom wielu trudności. Wystarczy na ogół analiza śladów na ciele denata i zbadanie miejsca znalezienia zwłok. Inna kwestia to tzw. namowa do samobójstwa - badana obecnie przez prokuraturę. Tutaj jednak też ciężko będzie trafić na konkretny ślad.

Człowiek, który 10 lat temu dzięki rolniczym protestom i blokadom zdobył zaufanie społeczne gwarantujące jego partii miejsce w parlamencie, następnie został wicemarszałkiem Sejmu, a po kolejnych niespełna pięciu latach był już wicepremierem i ministrem rolnictwa, niewątpliwie zaznał popularności i luksusu warszawskich salonów, wcześniej dla niego nieosiągalnych. Poselski immunitet odsunął też na dobrych kilka lat różne wcześniejsze problemy. Dlatego sławetna afera gruntowa, w następstwie której stracił funkcję w rządzie, a także równoległa do niej seksafera, poważnie zachwiały jego pozycją. Z ofensywy, ostrego krytykowania wielu polityków czy wyższych sfer za rozpasanie i lekceważenie problemów społecznych, musiał przejść do głębokich pozycji defensywnych. Od Samoobrony odsunęli się wyborcy, odeszła stamtąd także niemała część polityków. Zaczęły się poważne kłopoty. Powrót do 2001 roku był już w zasadzie niemożliwy, zwłaszcza że z wejścia do Unii Europejskiej chyba najbardziej skorzystali rolnicy, a spora grupa potencjalnych bezrobotnych wyjechała do pracy na Wyspy. Szeregi niezadowolonych znacznie zmalały, zatem populistyczne hasła nie miały już tak podatnego gruntu. Wydaje się, że Lepper nie mógł się z tym pogodzić. Jego gospodarstwo - co podkreślali sąsiedzi - było coraz bardziej zaniedbane, zapewne przytrafiły się też problemy finansowe. Seksafera nie przysłużyła się życiu prywatnemu, do tego poważna choroba dopadła jego syna. Wydaje się, że te wszystkie okoliczności razem wzięte przesądziły o tragicznej decyzji Leppera.

Nie wnikając w słuszność jego poglądów i sposób ich prezentowania (bo od tego jestem daleki), śmiało można powiedzieć, że podobna kariera polityczna w Polsce nie zdarzy się przez co najmniej 20-30 lat. Zaskakujące, do jakiej pozycji w państwie doszedł człowiek, który do lat 90-tych nie był uwikłany w poważną działalność polityczną, a początkowo zgromadzil wokół siebie tylko grupkę zadłużonych i sfrustrowanych rzeczywistością rolników. Co prawda później założył partię i poszerzył spectrum wyznawców, jednak na ogół traktowano ich jak folklor, nie stanowiący zagrożenia dla żadnej z kilku głównych sił politycznych. Później okazało się, że niekoniecznie tak musi być - partia spoza głównego politycznego nurtu weszła do Sejmu.

Jego poglądy - chociaż populistyczne - były bardziej strawne i "szczere" od poglądów przedstawicieli rzekomej klasy politycznej, którzy pod płaszczykiem swoich niby wysokich kwalifikacji intelektualnych usiłują wmówić "ciemnemu ludowi", że są wybawcami społeczeństwa, a każdego dnia są w stanie przedstawić siebie jako kogoś zupełnie innego, w zależności od potrzeb. Teraz na przykład chcą powiedzieć, że Lepper zgadzał się z ich wizją afery gruntowej, chociaż w prokuraturze i sądzie tej wizji zupełnie nie podzielał...



piątek, 15 kwietnia 2011

Rocznica


W niedzielę w całym kraju pamiętano o pierwszej rocznicy katastrofy pod Smoleńskiem. To wręcz oczywiste, bo przecież rozmiary tej tragedii - i te ilościowe, i symboliczne - są ogromne. Państwo straciło bezpowrotnie wielu wyjątkowych ludzi, pełniących najważniejsze funkcje. Para prezydencka, ministrowie w Kancelarii Prezydenta, posłowie i senatorowie, najwyżsi rangą dowódcy wojskowi, Rzecznik Praw Obywatelskich, prezes Narodowego Banku Polskiego - to najważniejsze z osób znajdujących się na pokładzie Tupolewa, który rozbił się podchodząc do lądowania na lotnisku w Smoleńsku. Wielka żałoba, która ogarnęła cały kraj, dawała nadzieję, że ta tragedia zjednoczy spierających się polityków, a życie publiczne stanie się spokojniejsze.

Czy tak się stało? Po roku można powiedzieć krótko i z dużą pewnością: nie!

Pierwsze tygodnie były pod tym wzgledem obiecujące. Nastrój wyciszenia, jaki dominował podczas kampanii prezydenckiej, dawał nadzieję, że nikt już nie będzie wykorzystywać katastrofy do celów politycznych. Mylne to byly oczekiwania. Nazajutrz po drugiej turze wyborów Jarosław Kaczyński w swoim stylu udowodnił, że zmiana jego politycznego image podczas kampanii była wyłącznie liftingiem obliczonym na pozyskanie wyborców. Co było dalej - szkoda przypominać. Ciągłe oskarzenia polityków PiS i rodzin niektórych ofiar pod adresem rządu, prokuratorów, Rosji, snucie najbardziej niewyobrażalnych teorii i domysłów, m. in. przez parlamentarny zespół pod kierownictwem Antoniego Macierewicza - to tylko kilka przykładów...

Wraz ze zbliżającą się rocznicą katastrofy rosło napięcie. Kulminacja była w niedzielę. Czy politykom PiS tego smutnego dnia towarzyszyła głeboka refleksja i zaduma? Wydaje się, że po raz kolejny chcieli zabłysnąć przed kamerami. Cóż, kampania do wyborów parlamentarnych startuje na dobre już za kilka tygodni - a może już wystartowała... Jarosław Kaczyński cytował poezję Zbigniewa Herberta, opowiadając "o zdradzonych o świcie", posłowie pod Pałacem Prezydenckim starli się z policją i strażą miejską, zachowujac się niemal jak kibole. Te fakty były szczegółowo opisywane w ostatnich dniach przez media, włącznie z protestem wdowy po Herbercie, uważającej, że Kaczyński nie ma prawa wykorzystywać jego twórczości dla własnych politycznych interesów. W największe osłupienie wprawiło mnie jednak mniej nagłaśniane wieczorne przemówienie lidera PiS, z którego wynikają niezbyt optymistyczne wnioski. Tu już nie chodzi o kłótnie i spory, ale pranie mózgów "wiernych" wręcz na wzór ustrojów totalitarnych czy sekt, przejawiające się choćby podważaniem uprawnień demokratycznie wybranych władz państwowych. O tym, że jest to bardzo niebezpieczne, nie trzeba przekonywać chyba nikogo zdrowo myślącego. Przepraszam, zdrowo myśli i prawdziwym Polakiem jest tylko ten, kto ślepo wierzy w ideologię PiS. Więc chyba ze mną jest coś nie tak...


Dzielenie Polaków przy wykorzystaniu symboliki katastrofy smoleńskiej idzie działaczom PiS świetnie. Znacznie gorzej jest z ich poczuciem realizmu i odpowiedzialności za państwo...



środa, 30 marca 2011

Politycy w akcji


Co prawda do wyborów parlamentarnych pozostało jeszcze około 7 miesięcy, ale jeśli tylko ktoś spojrzy na czołowe newsy ostatnich dni, tygodni i miesięcy, nabrałby przekonania, że obywatele pofatygują się do urn o wiele szybciej. W pomysłach, które mają skłonić do oddania głosu ścigają się partie rządzące i partie opozycyjne. Byleby jeszcze choć trochę tych pomysłów miało sens...

W zeszłym tygodniu lawinę komentarzy wywołało pojawienie się Jarosława Kaczyńskiego w sklepie w błysku "przypadkowo" znajdująjących się tam dziesiątek kamer i fleszy. W towarzystwie innej posłanki PiS (nota bene - pakowała potem wszystko i dźwigała...) próbował przekonać obywateli, że wszystkie produkty za rządów Donalda Tuska radykalnie podrożały. Do historii jako zdecydowanie nie oddające rzeczywistości przejdzie stwierdzenie, że za wszystkie produkty zapłacił 55 zł, a w czasach, gdy był premierem, kosztowały nie więcej niż 24 zł. Okazało się, że w sklepie znajdującym się w centrum Warszawy panowała drożyzna w stosunku do cen w innych podobnych przybytkach, choćby Biedronki, którą Kaczyński określił jako sklep dla najbiedniejszych. Tą wypowiedzią zdobył sobie niekłamaną "sympatię" sporej rzeszy Polaków, którzy robią zakupy w marketach tej firmy. Kolejny raz dowiódł, że żyje jakby oderwany od rzeczywistości, nie mając zbyt dużego pojęcia o faktycznych problemach swoich rodaków.

Rząd intensywnie pracuje nad reformą przepisów o otwartych funduszach emerytalnych, które sprawiłyby, że składka przechodząca do OFE byłaby ponad 2 razy niższa niż dotychczas, za to więcej środków poszłoby na ZUS. Temat był przedmiotem debaty ministra finansów Jacka Rostowskiego z Leszkiem Balcerowiczem, gorąco krytykującym to rozwiązanie. Transmitowana w TVP1 debata była przesadnie nudna i "naukowa" dla laików, a zbyt mocno oparta na sloganach dla fachowców. Wydaje się, że Balcerowicz w pewnym stopniu broni reformy, którą sam przygotował pod koniec lat 90-tych zeszłego stulecia jako minister finansów. Jednak z drugiej strony jego argumenty są cokolwiek logiczne. Rząd rozpaczliwie poszukuje pieniędzy, które zwiększyłyby budżet państwa. Najpierw było podwyższenie VAT do 23%, a teraz planowane zmiany w OFE. Pieniędzy byłoby "trochę" więcej, gdyby nie obniżenie podatków najbogatszym, co przyniosło zmniejszenie wpływów do budżetu o grube miliardy. Ale o tym lepiej premierowi i ministrom nie przypominać... Skutkiem tych zabiegów może być legislacyjny bubel, bo tak mówią najtęższe prawnicze umysły o przygotowywanej w ekspresowym tempie nowelizacji, podkreślając, że stoi on w zdecydowanej sprzeczności z kilkoma konstytucyjnymi zasadami.

Te dwa przykłady wystarczą, aby uznać, że kampania wyborcza już trwa - w zasadzie permanentnie, bo nie wiadomo, kiedy się zaczęła. Można byłoby jeszcze przecież wspomnieć o próbie uświadomienia urzędnikom, poprzez ustawę, żeby znali swoje miejsce w szeregu i bali się kar w przypadku popełnionych błędów, wysiłkach PJN, mających na celu udowodnienie na każdym kroku, że ta partia różni się czymś od PiS,  różnych wygłupach Palikota, który chce w jak najbardziej dziwaczny sposób przyciągnąć do siebie wyborców. Również szef SLD niemal wszędzie podkreśla, jak byłoby wspaniale, gdyby miał on udział w rządzeniu.

Z jednej strony takie akcje propagandowe i działania "pod wybory" występują na całym świecie, więc Polska nie jest wyjątkiem. Trzeba jednak odróżnić rzeczywiste intencje od tych sztucznych, które mają na celu przyciągnięcie wyborców poprzez kilka chwytów marketingowych, bez oglądania się na możliwe konsekwencje takich posunięć.


 

piątek, 3 grudnia 2010

Trzęsienie ziemi


Tak trzeba określić to, co wydarzyło się w ostatnich dniach w Wałbrzychu. Przed drugą turą wyborów na prezydenta miasta sztab kontrkandydata obecnego prezydenta ujawnił to nagranie (z góry uprzedzam, że językowi esteci nie powinni słuchać go bez nieco przytkanych uszu). Buta i chamstwo, jakie przebija z wypowiedzi senatora PO, Romana Ludwiczuka, nie są jeszcze tak szokujące, jak "załatwiactwo", którym wręcz poraża. Co więcej - będzie ono teraz przedmiotem analizy organów ścigania.

Pomyślałby ktoś - kolejny lokalny polityk, któremu obecność w parlamencie uderzyła do głowy jak woda sodowa. No i tutaj niestety trzeba dojść do jeszcze smutniejszych wniosków. Już nie o to chodzi, że należał do Krajowego Sądu Koleżeńskiego swojej partii, bo jej los jest mi jakby obojętny. Ten facet od 4 lat jest prezesem Polskiego Związku Koszykówki. To do niego należały istotne decyzje dotyczące funkcjonowania jednej z najbardziej popularnych dyscyplin sportowych w Polsce, choćby obsada stanowisk selekcjonerów pierwszej reprezentacji męskiej i żeńskiej. To on stworzył wręcz wodzowski model zarządzania związkiem, otaczając się gronem przytakujących na każdym kroku popleczników. To on zasiadał jednocześnie we władzach Polskiej Ligi Koszykówki, firmując swoim nazwiskiem chaos organizacyjny, nieudane - przez blisko 3 lata - próby znalezienia tytularnego sponsora dla ligi koszykarzy, marginalizację rozgrywek w telewizji oraz "cudowne" recepty na zbudowanie świetlanej przyszłości reprezentacji w postaci obowiązku gry w drugiej kwarcie (w praktyce wielokrotnie trenerzy tylko do tych 10 minut ograniczali ich występy) tzw. młodych talentów w wieku 22-23 lat. Ludwiczuk nie był w stanie podjąć realnych działań, które umożliwiłyby odzyskanie popularności basketu. Okazja była znakomita - w zeszłym roku Polska organizowała przecież męski Eurobasket, czyli jedną z największych w Europie (po piłkarskich ME) i nośnych medialnie imprez sportowych w grach zespołowych. W Polsce tego zainteresowania nie było specjalnie widać, a frekwencję na trybunach ratowali kibice z innych krajów, głównie Litwy, Serbii czy Słowenii. W przyszłym roku Litwini pokażą nam, na czym polega profesjonalna organizacja Eurobasketu, a zwłaszcza odpowiedni klimat wokół tej imprezy... I tak było lepiej, bo na rok 2009 przypadła prawdziwa eksplozja popularności Marcina Gortata. Jednak to nie pan prezes sprawił, że ona wybuchła, ale występy centra Orlando Magic. Ludwiczuk odtrąbił sukces propagandowy, ale nikt z działaczy koszykarskich nie chciał się wychylić i przyznać, że było nieco inaczej. Ta cisza dowodzi, że brakuje kogoś, kto stanowiłby realną opozycję dla działacza-polityka z Wałbrzycha.


Panie Ludwiczuk - bez względu na to, czy prokuratura dopatrzy się w Pana zachowaniu znamion przestępstwa, czy też nie, jest takie pojęcie jak honor. Oprócz rezygnacji z członkostwa w Platformie, jak najszybciej powinien zrezygnować Pan ze stanowiska prezesa PZKosz. Staropolskie porzekadło głosi: kończ waść, wstydu oszczędź...


czwartek, 11 listopada 2010

Barwy kampanii


Słowa nic nie kosztują – to powiedzenie jest bardzo dobrze znane. Pasuje też doskonale do działań polityków w czasie kampanii wyborczej. Obiecują swoim wyborcom złote góry, a potem nieraz okazuje się, że są to tylko puste, propagandowe zagrywki, mające na celu jedynie zdobycie głosów. Niestety, tego procederu nie da się wykorzenić, jest on obecny nie tylko w naszym kraju.

Właśnie teraz w decydującą fazę wchodzi kampania do wyborów samorządowych, zatem przykłady różnych chwytów propagandowych można zauważyć w całej Polsce dosłownie codziennie. Akurat teraz są finalizowane różne lokalne inwestycje, organizowane imprezy, niektórzy kandydaci prezentują się w sposób cokolwiek oryginalny (jak choćby bardzo medialny i interaktywny prezydent Mysłowic czy rozśpiewani kandydaci na radnych). Zarządzający obecnie miastami czy gminami zapowiadają, jak świetlana przyszłość czeka mieszkańców, jeśli tylko umożliwią im pozostanie u władzy, a pretendenci starają się za wszelką cenę wykazać niedociągnięcia stojących na czele samorządu, roztaczając jednocześnie przed wyborcami wizje krainy mlekiem i miodem płynącej, która zrealizuje się wówczas, gdy powierzą im władzę na najbliższą kadencję. Te zjawiska widać choćby w Krakowie, gdzie np. jeden z polityków PO zachęcał do głosowania na Stanisława Kracika argumentem, że ta partia obecnie rządzi, więc w przypadku jego wygranej można będzie „załatwić” z budżetu państwa czy UE środki na strategiczne dla miasta inwestycje.

W zasadzie to wszystko, co wyżej opisałem, nie jest odkrywcze, przez 20 lat naszej demokracji takie utarczki już mało kogo dziwią, a w samym obiecywaniu nie jest jeszcze nic złego. No właśnie... Kwestią jest, czy w momencie składania tych obietnic, ich autorzy mają szczerą chęć ich dotrzymać, czy też jest to chłodna kalkulacja – ludzie chwycą przynętę, zagłosują, a potem jak coś nie będzie dotrzymane, wówczas pozłoszczą się trochę i zapomną. Zawsze też można wytłumaczyć się czynnikami zewnętrznymi, np. bliżej nieokreślonymi układami, które zastało się w lokalnych strukturach i teraz trzeba to czyścić. Niestety, w wielu przypadkach tak to właśnie funkcjonuje. Plus jeszcze oczywiście odpowiednie środki na kampanię, które pozwolą odbyć określoną liczbę spotkań, wydrukować setki czy tysiące ulotek, a nawet umieścić wizerunek kandydatów na billboardach.

Może były jeszcze gorsze przypadki, jednak dla mnie szczególnym rodzajem bezczelności w tej kampanii (a w zasadzie u jej zarania) wykazał się starosta powiatu jarosławskiego. Otóż w sierpniu zwrócił się do władz Jarosławia o przekazanie sporej działki, w celu stworzenia bulwarów nad Sanem. Więcej na ten temat tutaj: http://jaroslaw.naszemiasto.pl/artykul/553928,powiat-jaroslawski-chce-stworzyc-bulwary-nad-sanem,id,t.html. Cóż, sama idea jest bardzo dobra, tylko motywacja pana starosty, dlaczego akurat teraz chce wykonać tą inwestycję, do tego w sporym pośpiechu, już cokolwiek kompromitująca i ukazująca, co tak naprawdę jest tu najważniejsze. Ciekawe, dlaczego rok czy 2 lata temu nie myślał o tym, zwłaszcza że wówczas zapewne też środki by się znalazły...

Takich przypadków w całej Polsce zapewne nie brakuje. Dlatego idąc do wyborów, trzeba pamiętać, kto co obiecuje, a potem – jak w przypadku wyboru na wójta/burmistrza/prezydenta miasta, czy też radnego, z tych obietnic się wywiązuje. I wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski przy kolejnych wyborach.