środa, 30 marca 2011

Politycy w akcji


Co prawda do wyborów parlamentarnych pozostało jeszcze około 7 miesięcy, ale jeśli tylko ktoś spojrzy na czołowe newsy ostatnich dni, tygodni i miesięcy, nabrałby przekonania, że obywatele pofatygują się do urn o wiele szybciej. W pomysłach, które mają skłonić do oddania głosu ścigają się partie rządzące i partie opozycyjne. Byleby jeszcze choć trochę tych pomysłów miało sens...

W zeszłym tygodniu lawinę komentarzy wywołało pojawienie się Jarosława Kaczyńskiego w sklepie w błysku "przypadkowo" znajdująjących się tam dziesiątek kamer i fleszy. W towarzystwie innej posłanki PiS (nota bene - pakowała potem wszystko i dźwigała...) próbował przekonać obywateli, że wszystkie produkty za rządów Donalda Tuska radykalnie podrożały. Do historii jako zdecydowanie nie oddające rzeczywistości przejdzie stwierdzenie, że za wszystkie produkty zapłacił 55 zł, a w czasach, gdy był premierem, kosztowały nie więcej niż 24 zł. Okazało się, że w sklepie znajdującym się w centrum Warszawy panowała drożyzna w stosunku do cen w innych podobnych przybytkach, choćby Biedronki, którą Kaczyński określił jako sklep dla najbiedniejszych. Tą wypowiedzią zdobył sobie niekłamaną "sympatię" sporej rzeszy Polaków, którzy robią zakupy w marketach tej firmy. Kolejny raz dowiódł, że żyje jakby oderwany od rzeczywistości, nie mając zbyt dużego pojęcia o faktycznych problemach swoich rodaków.

Rząd intensywnie pracuje nad reformą przepisów o otwartych funduszach emerytalnych, które sprawiłyby, że składka przechodząca do OFE byłaby ponad 2 razy niższa niż dotychczas, za to więcej środków poszłoby na ZUS. Temat był przedmiotem debaty ministra finansów Jacka Rostowskiego z Leszkiem Balcerowiczem, gorąco krytykującym to rozwiązanie. Transmitowana w TVP1 debata była przesadnie nudna i "naukowa" dla laików, a zbyt mocno oparta na sloganach dla fachowców. Wydaje się, że Balcerowicz w pewnym stopniu broni reformy, którą sam przygotował pod koniec lat 90-tych zeszłego stulecia jako minister finansów. Jednak z drugiej strony jego argumenty są cokolwiek logiczne. Rząd rozpaczliwie poszukuje pieniędzy, które zwiększyłyby budżet państwa. Najpierw było podwyższenie VAT do 23%, a teraz planowane zmiany w OFE. Pieniędzy byłoby "trochę" więcej, gdyby nie obniżenie podatków najbogatszym, co przyniosło zmniejszenie wpływów do budżetu o grube miliardy. Ale o tym lepiej premierowi i ministrom nie przypominać... Skutkiem tych zabiegów może być legislacyjny bubel, bo tak mówią najtęższe prawnicze umysły o przygotowywanej w ekspresowym tempie nowelizacji, podkreślając, że stoi on w zdecydowanej sprzeczności z kilkoma konstytucyjnymi zasadami.

Te dwa przykłady wystarczą, aby uznać, że kampania wyborcza już trwa - w zasadzie permanentnie, bo nie wiadomo, kiedy się zaczęła. Można byłoby jeszcze przecież wspomnieć o próbie uświadomienia urzędnikom, poprzez ustawę, żeby znali swoje miejsce w szeregu i bali się kar w przypadku popełnionych błędów, wysiłkach PJN, mających na celu udowodnienie na każdym kroku, że ta partia różni się czymś od PiS,  różnych wygłupach Palikota, który chce w jak najbardziej dziwaczny sposób przyciągnąć do siebie wyborców. Również szef SLD niemal wszędzie podkreśla, jak byłoby wspaniale, gdyby miał on udział w rządzeniu.

Z jednej strony takie akcje propagandowe i działania "pod wybory" występują na całym świecie, więc Polska nie jest wyjątkiem. Trzeba jednak odróżnić rzeczywiste intencje od tych sztucznych, które mają na celu przyciągnięcie wyborców poprzez kilka chwytów marketingowych, bez oglądania się na możliwe konsekwencje takich posunięć.


 

poniedziałek, 28 lutego 2011

Pożegnanie z Euroligą


W piątek koszykarki Wisły Can Pack przegrały z Halcon Avenida Salamanca i odpadły z rozgrywek Euroligi. Nie dane było im więc powtórzyć ubiegłoroczne osiągnięcie, gdy awansowały do prestiżowego Final Four. Czy jednak w tej sytuacji można mówić o jakiejś porażce czy regresie? Nie wydaje mi się.

Jak wspominałem kilka tygodni temu - głównym celem zespołu w tym sezonie jest odzyskanie tytułu mistrza Polski. Sukces w Eurolidze byłby oczywiście mile widziany, jednak nie był tak powszechnie oczekiwany. Dlatego też awans do ćwierćfinału tych rozgrywek przyjęto w Krakowie z dużą radością, mając jednocześnie świadomość, że kolejna przeszkoda jest jeszcze trudniejsza niż Nadieżda Orenburg, choćby z racji atutu własnej hali, jaki posiadały Hiszpanki.

Już pierwszy mecz - we wtorek 22 lutego - pokazał, że poza tym  faktem mają w swoim składzie kilka wysokiej klasy zawodniczek. Pierwsza kwarta, wygrana różnicą 4 pkt, dawała jeszcze wiślaczkom nadzieję na wygraną, ale w kolejnej części gry dostały surową lekcję - wynik 14:34 mówi wszystko. W drugiej połowie Salamanca kontrolowała sytuację na parkiecie i w pełni zasłużenie wygrała 87:70.

Oczekiwano, że trzy dni później ekipa doskonale w Salamance znanego i popularnego Jose Ignacio Hernandeza wzniesie się na wyżyny swoich umiejętności i będzie w stanie doprowadzić do decydującego meczu w Hiszpanii. Tak się jednak nie stało. Od początku zarysowała się przewaga Salamanki, wynosząca w drugiej kwarcie już 14 pkt. Końcówka pierwszej połowy to lepsza gra wiślaczek, które nadrobiły część dystansu. Również w trzeciej kwarcie dzielnie stawiały czoła rywalkom i gdy przegrywały 38:43, nastąpił totalny regres. Do końca ćwiartki zdobyły tylko 2 pkt, tracąc 14. Początek czwartej kwarty to dalsze powiększanie przewagi przez Hiszpanki. Końcówka nie miała już zatem żadnego znaczenia. Porażka 60:72 stała się faktem.

W tym miejscu trzeba jednak podkreślić klasę rywalek. Takie zawodniczki, jak Erica De Souza, Sancho Lytlle czy Alba Torrens z pewnością należą do ścisłej czołówki spośród wszystkich grających w tym sezonie Euroligi. Do tego świetnie w obydwu meczach przeciwko Wiśle wypadła zawodniczka z drugiego planu - Anke De Mondt. Wydaje się, że Salamanca posiada nieco mocniejszy skład niż w poprzednim sezonie, gdy dwukrotnie uległa w fazie grupowej Euroligi drużynie z Krakowa. Wówczas były to zacięte mecze, a teraz wygrane Hiszpanek nie podlegały żadnej dyskusji. Czy zatem Wisła zrobiła krok wstecz? Tak mogłoby się wydawać, bo przecież występy w Eurolidze zakończyła we wcześniejszej fazie. Jednak w poprzednim sezonie wiślaczkom na europejskich parkietach udawało się niemal wszystko, a w obecnym przytrafiły się dwie przykre wpadki, które rzutowały potem na rozstawienie przed play off. Bezsensowne jest gdybanie, czy byłyby inne wyniki, jeśli występowałyby wówczas Nicole Powell i Jelena Lewczenko.
Faktem jest, że ich obecność w składzie sprawiła, że Wisła nie tylko planowo pokonała w Rydze zespół TTT, ale także tydzień później wygrała ciężki mecz w Koszycach, gdzie przegrywała jeszcze na 5 minut do końca różnicą 8 pkt. Te wyniki sprawiły, że wiślaczki rzutem na taśmę zapewniły sobie atut własnego parkietu w pierwszej rundzie play off, będąc rozstawione na szóstym miejscu. W tej fazie rozgrywek przyszło im jednak zetknąć się z rywalem chyba mocniejszym pod względem potencjału kadrowego - Nadieżdą Orenburg. W składzie rosyjskiej drużyny są takie indywidualności jak Tina Charles, Becky Hammon, Anastazja Weramiejenko, Shameka Christon czy Ludmiła Sapowa. Pierwszy mecz był prawdziwym horrorem - wiślaczki dały sobie wyrwać w ostatnich minutach 12-punktowe prowadzenie i doszło do dogrywki, jednak w niej wykazały więcej zimnej krwi., wygrywając 75:70. Wielu obserwatorów spodziewało się powrotu rywalizacji do Krakowa na decydujący mecz. Wskazywała na to też pierwsza kwarta meczu w Orenburgu. Jednak później ekipa Hernandeza odrobiła straty. Przed czwartą kwartą Nadieżda miała tylko 1 pkt przewagi. Wtedy popis gry dały Erin Phillips, Powell oraz nieoczekiwanie Paulina Pawlak. Australijka zdobyła 22 pkt, trafiając 6 na 7 rzutów za 3 pkt! Cały zespół trafił z dystansu 11 rzutów na 21 oddanych i ta dobra skuteczność była jednym z kluczy do wygranej. Na pewno trenerzy Wisły dobrze odrobili taktyczną lekcję. Tak więc z awansu do najlepszej ósemki Euroligi można było cieszyć się bez konieczności rozgrywania trzeciego meczu.

Przed rywalizacją z Salamanką spodziewano się, że hiszpański sztab szkoleniowy podobnie jak w poprzednim sezonie znajdzie skuteczną receptę na doskonale sobie znaną (chociaż już w zmienionym zestawieniu) drużynę.  Tak się jednak nie stało. Wydaje się, że z kilku przyczyn przygotowanie do meczów z Salamanką nie było optymalne, a na pewno nie tak dobre, jak do potyczek z Nadieżdą.

Czego zabrakło Wiśle? Przede wszystkim zdrowia, zgrania i wiary we własne możliwości. Po meczach z Nadieżdą przez dwa tygodnie w zasadzie nie trenowała z powodu grypy Lewczenko. Na treningu 10 lutego Powell uszkodziła staw skokowy, wskutek czego nie wystąpiła w meczach ligowych w Gdyni i Gorzowie, a ten niezaleczony uraz doskwierał jej w pojedynkach z Salamanką. Poza tym na drobniejsze urazy narzekały Phillips i Ewelina Kobryn. Jednym słowem - wszystkie kluczowe dla Wisły zawodniczki nie były w pełni sprawne. Istotny był także zmiany kadrowe na początku roku. Odejście dwóch zawodniczek (oprócz Janell Burse również Dorota Gburczyk-Sikora spodziewa się dziecka) i przyjście dwóch nowych, a także powrót po kontuzji Gunty Basko sprawiły, że drużyna miała inne oblicze niż jeszcze w grudniu. Personalnie na pewno silniejsza, ale szkoda, że nie było możliwości gry w takim zestawieniu od początku sezonu. Wówczas na pewno byłaby większa szansa ogrania Salamanki. Wobec tych okoliczności, a także dobrego rozszyfrowania atutów Wisły przez sztab trenerski hiszpańskiej drużyny, zabrakło pewności siebie, zadziorności. W meczu w Krakowie nie było też odpowiedniego wsparcia ze strony publiczności - oczywiście był doping, ale atmosfera cokolwiek odbiegała choćby od tej sprzed roku, gdy Wisła walczyła o Final Four z Frisco Sika Brno, czy nawet z meczu z Nadieżdą.

Na pewno mniej przyjemnie byłoby przegrać dwukrotnie po zaciętych końcówkach niż w sytuacji, gdy gołym okiem widać, że było się słabszym. Poza tym co w kwestii braku awansu do Final Four mają powiedzieć kibice Fenerbahce Stambuł? Zgromadzono tam prawdziwy dream team, bilans 10-0 w fazie grupowej mówił wszystko o sile tej ekipy i jej aspiracjach. Tymczasem w ćwierćfinale dwukrotnie lepsze okazały się  zawodniczki Spartaka Moskwa - triumfatora Euroligi w poprzednich czterech sezonach, ale w obecnym zawirowania kadrowe i organizacyjne sprawiły, że ten zespół przystąpił do play off dopiero z ósmego miejsca. Faworytki ze Stambułu zostały dotkliwie pobite - porażki różnicą 8 i 18 pkt dobrze o tym świadczą. Tak więc w play off można stracić bardzo wiele, a wiślaczki nie straciły nic, bo startowały do tej fazy z szóstego miejsca i zakończyły rywalizację w ćwierćfinale.

W PLKK Wisła wygrała w styczniu bez większych problemów pięć meczów. W lutym była przerwa z powodu pokazowego meczu: reprezentacja Polski - gwiazdy PLKK. Następnie wiślaczki bez Powell i Lewczenko przegrały w Gdyni z wyraźnie odradzającym się Lotosem. Trzy dni później kolejny trudny wyjazd - tym razem zagrała już Lewczenko, która stanęła przeciwko swojemu byłemu klubowi, czyli AZS Gorzów. Wygrana Wisły 68:57 stanowiła zarazem rewanż za listopadową porażkę na własnym parkiecie. 

Na trzy kolejki przed końcem pewne jest, że ekipa Hernandeza będzie przed play off polskiej ligi na pierwszym albo drugim miejscu. O wszystkim zdecyduje mecz w najbliższą środę z mającym tyle samo wygranych CCC Polkowice. Już w najbliższy weekend właśnie w Polkowicach odbędzie się turniej finałowy o Puchar Polski. 8 marca w Gdyni odbędzie się Mecz Gwiazd Euroligi, w którym wystąpią Kobryn i Lewczenko. W kolejnych czterech dniach dwa ostatnie mecze sezonu zasadniczego PLKK (wyjazdy do Lidera Pruszków i Widzewa Łódź), a już 16 marca zaczyna się play off. 


Trzeba wierzyć w to, że koszykarki Wisły podołają tym wszystkim trudom i w kwietniu sprawią radość wszystkim kibicom, odzyskując tytuł mistrzyń Polski.




wtorek, 22 lutego 2011

Wiślacy przed rundą wiosenną


W piątek meczem z Arką w Gdyni piłkarze krakowskiej Wisły zainaugurują swoje występy w rundzie wiosennej ekstraklasy. Walka o tytuł zapowiada się bardzo ciekawie, zwłaszcza że władze klubu postarały się o odpowiednie transfery.

Najpierw jednak - na przełomie grudnia i stycznia - do kibiców Białej Gwiazdy dotarły niepokojące wieści. Trabzonspor - lider ekstraklasy tureckiej - skusił swoją ofertą braci Brożków. Zwłaszcza brak Pawła wydawał się być trudną do uzupełnienia stratą, biorąc pod uwagę ilość zdobywanych przez niego bramek. W barwach Wisły rozegrał 178 meczów w ekstraklasie, w których strzelił 81 goli, dwukrotnie zdobywając tytuł króla strzelców. Także odejście Piotra, który był już powoływany do pierwszej reprezentacji, wydawało się osłabieniem. Jednak należało zwrócić też uwagę, że obaj bracia mieli duży wpływ na atmosferę w drużynie, nieraz niekoniecznie w dobrym tego słowa znaczeniu. Poza tym dla Pawła nie była to pierwsza oferta z zagranicy, dlatego też klub nie chciał trzymać go na siłę. Także do klubu tureckiego na początku stycznia odszedł Mariusz Pawełek, co oznaczało konieczność poszukiwań nowego bramkarza. Niełatwe zadanie, z uwagi na świetną postawę w rundzie jesiennej wcześniej bardzo krytykowanego Pawełka. Natomiast Cleber zdecydował się zakończyć karierę - i tak miał to uczynić, ale decyzję przyspieszyła jeszcze kontuzja odniesiona w meczu z Lechem. Brazylijczyk pozostał w Krakowie i będzie jednym ze współpracowników klubu, szukającym młodych talentów w swojej ojczyźnie, a trenujący w szkółce Wisły jego syn może wkrótce otrzymać polskie obywatelstwo, dzięki czemu być może w przyszłości wystąpi w biało-czerwonych barwach.

Wiślacy treningi rozpoczęli stosunkowo późno, bo 17 stycznia. Do tej chwili stan kadrowy wskazywał zero po stronie zysków, co niepokoiło sympatyków drużyny. Dyrektor sportowy Stan Valckx uspokajał, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, a transfery są tylko kwestią czasu. Słowa dotrzymał. 

Bułgarski napastnik Cwetan Genkow ma zastąpić w roli snajpera Pawła Brożka. W rundzie jesiennej, będąc wypożyczonym z Dynama Moskwa do Lokomotiwu Sofia, zdobył w lidze bułgarskiej 11 goli w 13 meczach, co jest dobrą rekomendacją. Kolejnym wzmocnieniem jest doświadczony holenderski stoper Kew Jaliens, który w barwach AZ Alkmaar w sezonie 2008/09 świętował tytuł mistrzowski, a w 2006 roku wystąpił na mistrzostwach świata w Niemczech. Co prawda zagrał tam tylko w meczu z Argentyną, ale już sam fakt przebicia się przez tak silną konkurencję, jaka niewątpliwie jest w Holandii, świadczy o jego bardzo wysokich umiejętnościach. Razem z grającym coraz pewniej pod koniec rundy jesiennej Osmanem Chavezem, może stworzyć mocny duet w środku defensywy. Michaił Siwakow to podstawowy zawodnik młodzieżowej reprezentacji Białorusi, z którą w czerwcu wystąpi na mistrzostwach Europy U-21. W Cagliari grał bardzo mało, stąd półroczne wypożyczenie do Wisły, gdzie na pozycji defensywnego pomocnika wzmocni rywalizację o miejsce w wyjściowej "jedenastce". Najbardziej wyczekiwanym transferem był Maor Melikson - negocjacje z Hapolem Beer Sheva trwały blisko trzy tygodnie i głównie dzięki dużej determinacji samego piłkarza zostały sfinalizowane pozytywnie. Wisła zapłaciła blisko 700 tysięcy euro. Izraelczyk najczęściej występuje jako ofensywny pomocnik, zatem może wygryźć ze składu Łukasza Gargułę. W swoim poprzednim klubie był kapitanem i prawdziwym mózgiem drużyny. W ostatnich dniach otrzymał polskie obywatelstwo - sama procedura trwała bardzo szybko z uwagi na fakt, że matka Maora pochodziła z Polski. Ostatnim zawodnikiem, który zasilił Wisłę jest estoński bramkarz Sergiei Pareiko. Przez poprzednich sześć sezonów występował on w rosyjskiej ekstraklasie w barwach zespołu z Tomska. Jego doświadczenie i umiejętności pokazane już w sparingach, powinny sprawić, że wygra rywalizację z Milanem Jovaniciem i Filipem Kurto, będąc pewnym punktem zespołu.

Z tych krótkich opisów nowych nabytków widać więc, że prezentują się całkiem okazale. Wszyscy z nich mają za sobą przynajmniej jeden występ w pierwszej reprezentacji swojego kraju, do tego Jaliens - jak wspomniano - na mistrzostwach świata. Także Holender oraz Siwakow (w barwach BATE Borysów) grali w Lidze Mistrzów. Co prawda niektórzy mogą wypominać wiek (Jaliens - 33 lata, Pareiko - 34), jednak w każdej drużynie powinni być doświadczeni zawodnicy, a patrząc na metryki piłkarzy stanowiących kadrę zespołu, trudno stwierdzić, aby przy ul. Reymonta w Krakowie był dom spokojnej starości. Znaleźli się kibice, którzy nie chcieli widzieć w barwach Białej Gwiazdy piłkarza z Izraela. Na szczęście takich narodowych zapaleńców jest garstka, zresztą grająca w poprzednim sezonie w barwach teamu koszykarek Wisły rodaczka Meliksona - Liron Cohen nie zaznała ze strony fanów żadnych przejawów rzekomego antysemityzmu. 

Nie brakuje także narzekań, że odeszli Polacy, będący przez ostatnie kilka lat podporami, a nawet (Paweł Brożek) ikonami klubu, a w zamian przyszli sami obcokrajowcy - jest ich teraz w klubowej kadrze już piętnastu, każdy z innego kraju i przez to ciężko będzie utożsamiać się kibicom z taką "niezbyt polską zbieraniną". Cóż, zawsze przyjemniej byłoby, gdyby - jak kilka lat temu - decydujące role w Wiśle odgrywali polscy piłkarze, ale realia są nieubłagane. Ostatnio niemal każda próba pozyskania rodzimego zawodnika jest niemal niemożliwa do realizacji z powodu nieadekwatnej do umiejętności ceny, a nieraz także wygórowanych oczekiwań prowizyjnych menedżera. Najświeższy przykład to Marcin Robak, za którego Widzew Łódź życzył sobie 1 mln euro. Piłkarze z zagranicy, zwłaszcza z takimi rekomendacjami i dorobkiem jak ściągnięci w przerwie zimowej, dają większą gwarancję profesjonalizmu i tzw. mentalności zwycięzców. Pod tym względem Jaliens w porównaniu do choćby Kamila Glika (również przymierzany do gry w Krakowie) robi różnicę...

Patrząc na zimowe ruchy transferowe, nietrudno oprzeć się wrażeniu, że wzmocniony został środek pomocy (przyszli Melikson i Siwakow, a nikt nie odszedł), ale nie postarano się o zawodnika mogącego zastąpić po lewej stronie obrony Piotra Brożka. Abstrahując od tego, że przez większość rundy jesiennej nie miał on miejsca w podstawowym składzie, jest to najsłabiej obsadzona pozycja. Ewentualnym dublerem Dragana Paljicia (który przecież jest nominalnym pomocnikiem) może być cokolwiek chimeryczny i podatny na urazy Serge Branco. Trochę dziwi, że nie pomyślano o rozwiązaniu tego problemu.

Teraz pole do popisu ma Robert Maaskant, który musi poukładać wszystko tak, aby zespół w rundzie wiosennej był w stanie sięgnąć po założony cel, jakim jest mistrzostwo Polski. Nie będzie łatwo, a po sparingach póki co ciężko cokolwiek wnioskować. Pierwsze trzy próby były nieudane, ale dwa ostatnie mecze to już zwycięstwa. Prawdziwe oblicze Wisły poznamy jednak dopiero w wymiernym boju, jakim będą mecze o punkty w polskiej ekstraklasie, a także rywalizacja o Puchar Polski - już 1 marca odbędzie się pierwszy mecz ćwierćfinałowy.


Tak więc szykują się spore emocje. Trzeba wierzyć, że z happy endem i pod koniec maja na stadionie Wisły i Rynku będzie świętowany trzynasty tytuł mistrzowski dla Białej Gwiazdy.


niedziela, 20 lutego 2011

Piękny stadion, źli Europejczycy...


Piłkarze Lecha Poznań wygrali w pierwszym meczu 1/16 Ligi Europejskiej ze Sportingiem Braga i są na dobrej drodze do kolejnej rundy, gdzie zmierzyliby się najprawdopodobniej ze słynnym Liverpoolem. Ten fakt na pewno cieszy, ale sprawy związane ze stadionem, na którym grają piłkarze mistrzów Polski, będącym jedną z aren na Euro 2012 - napawają wyłącznie sporym smutkiem.

We wrześniu z wielką pompą otwarto stadion po przebudowie przy ul. Bułgarskiej, a tą uroczystość uświetnił koncertem Sting. Wszystko było wspaniale, zachwytom nie było końca. Tyle tylko, że już wówczas swoje zastrzeżenia do standardów obiektu zaczęła zgłaszać UEFA. Niewiele brakowało, aby mecze fazy grupowe Ligi Europejskiej zostały przeniesione do Bydgoszczy. Działaczom Lecha udało się jednak w porę zażegnać niebezpieczeństwo i wszyscy w Poznaniu dalej byli dumni ze swojego stadionu. Tym bardziej, że po wygranej z Manchesterem City i remisie w arktycznych warunkach z Juventusem Turyn piłkarze uzyskali awans do dalszej fazy rozgrywek, w co niewiele osób wcześniej wierzyło. Radość była w pełni uzasadniona i nikt nie przejmował się wcześniejszymi uwagami ze strony europejskiej centrali. Do czasu...

Niespełna tydzień przed meczem ze Sportingiem media obiegła informacja o wskazaniu  istotnych uchybień przez UEFA i nakazie ograniczenia liczby dostępnych miejsc na tym meczu do zaledwie 20 tysięcy. Zawrzało - pojawiły się pytania dlaczego tak późno, niektórzy kibice od razu wietrzyli nieczystą akcję mającą na celu utrącenie Lecha... Najwięcej uwag kierowano jednak pod adresem władz miasta, nadzorujących wykonanie przebudowy oraz projektanta. Pierwotnie przebudowa miała kosztować 500 mln zł, ale potem ten koszt wzrósł do 713 mln zł! Szacuje się, że naprawa wszystkich usterek wskazanych przez UEFA oznaczałaby wydanie dodatkowo 100 mln zł! Żeby było ciekawiej - wybudowany w zeszłym roku stadion w Hoffenheim, liczący 30 tysięcy miejsc, kosztował 60 mln euro, czyli nie więcej niż 250 mln zł...

Wydaje się, że upór europejskich władz futbolu w dążeniu do odpowiedniego standardu stadionu w Poznaniu ma swoje głębokie uzasadnienie. W końcu tam będą odbywać się w przyszłym roku mecze mistrzostw Europy i ryzyko ewentualnych komplikacji związanych z bezpieczeństwem musi być ograniczone do absolutnego minimum. Niestety, wiele osób w stolicy Wielkopolski tego nie rozumie. Działacze klubu i  rządzący miastem uznali, że "jakoś to będzie" i po pierwszych nalotach dadzą spokój. Kibice są podejrzliwi i wszelkie obostrzenia uważają za ingerencję w ich wolność czy nawet bliżej nieokreślony spisek wobec Lecha. Wprawdzie udało się "wynegocjować" na czwartek blisko 30 tysięcy miejsc, ale problem pozostał, zwłaszcza że specjalny raport z organizacji meczu i kwestii bezpieczeństwa złożył przedstawiciel UEFA.

Nasuwają się dwa wnioski. Pierwszy to taki, że gdyby nie bardzo dobra postawa mistrza Polski w rozgrywkach Ligi Europejskiej, prawdopodobnie udałoby się uniknąć kłopotów, a przynajmniej nie ujawniłyby się tak nagle i nie tak dotkliwe dla klubu oraz kibiców. Jednak na pewno doszłoby do kontroli w związku z Euro 2012. Już mecze fazy grupowej Ligi Europejskiej były wnikliwie monitorowane pod kątem bezpieczeństwa, zatem po pierwszych uwagach należało spodziewać się kolejnych. O tym jednak chyba nikt w Poznaniu nie pomyślał, a może po prostu rozumowano w sposób PR-owski: "mamy świetny, nowy stadion,  godny organizacji Euro, wspaniałych kibiców, więc żadnych zastrzeżeń nie powinno być". Owszem, stadion spełnia wszystkie warunki, ale... polskie, co podkreślił ostatnio prezydent miasta, Ryszard Grobelny. Według niego problem bierze się z tego, że wymogi UEFA są nieco inne od krajowych. To kuriozalna uwaga, bo w końcu na tym stadionie ma być rozgrywana najważniejsza impreza organizowana przez europejską federację. Więc po co miasto ubiegało się o organizację Euro, skoro teraz uważa, że jedynie polskie standardy są OK, a co tam z europejskimi?! 

Drugi wniosek to taki, że w Krakowie nie przepłacono za przebudowę stadionu, a przynajmniej nie tak bardzo. Co prawda koszt wzrósł, ale całość zamknie się i tak w granicach około 500 mln zł. Szkoda tylko, że oddanie trzeciej i czwartej trybuny cokolwiek się wydłuża... Ale to już temat na inne opowiadanie.


niedziela, 6 lutego 2011

Zmiana


Od 29 stycznia Polski Związek Koszykówki ma nowego prezesa. Został nim Grzegorz Bachański, który w poprzedniej kadencji był w koszykarskiej centrali członkiem zarządu. Stosunkiem głosów uczestniczących w zjeździe delegatów 122-99 pokonał dotychczasowego prezesa, czyli Romana Ludwiczuka.

Tyle krótka informacja, która obiegła media. Co to oznacza w praktyce? Na razie ciężko cokolwiek wyrokować, ale trzeba wierzyć w to, że nadejdą w polskiej koszykówce zmiany na lepsze. Bachański zapowiada zmianę stylu zarządzania związkiem, czyli - w domyśle - mniej jednowładztwa, które było dostrzegalne niemal na każdym kroku w działaniach poprzedniego prezesa. Najważniejszymi zadaniami nowych władz (jest już znany zarząd, jutro zostaną wybrani wiceprezesi) będzie organizacja mistrzostw Europy koszykarek w czerwcu oraz wybór selekcjonera męskiej reprezentacji. Prezes zapowiada, że nowy coach kadry będzie znany w ciągu najbliższego miesiąca i ma być to wybór na kilka lat.

Słowa nic nie kosztują, ale jest nadzieja na to, że coś się w końcu zmieni w wizerunku dyscypliny. Już sam fakt, że na czele polskiej koszykówki nie będzie już osoby, która była także mocno uwikłana w politykę, jest dużym plusem. A gdy jeszcze przypomni się "wyczyny" Ludwiczuka, o których tutaj wcześniej pisałem, optymizm jest jeszcze większy. Chociaż pewnie gdyby nie tzw. afera wałbrzyska, to wówczas prawdopodobnie nie byłoby zmiany na fotelu prezesa. Różnica głosów nie była zbyt duża, a można przypuszczać, że niejeden z delegatów zagłosował niejako "przeciwko" Ludwiczukowi pod wpływem tego, co stało się dwa miesiące temu. Może to źle oceniam, ale taka swoista mobilizacja świadczyłaby niezbyt dobrze o wielu ludziach związanych z koszykówką, bo gdzie byli wcześniej? Chociaż - jak to się mawia - lepiej późno (zreflektować się) niż wcale. Bardziej niepokojące jest jednak rozumienie demokracji w wykonaniu niektórych zwolenników byłego prezesa PZKosz. Ludwiczuk zasłużył się dla basketu w województwie podkarpackim i dlatego każdy delegat wywodzący się stamtąd miał niejako odgórnie głosować na dotychczasowego prezesa... Zasłużył się głównie tym, że kilka razy był w tym regionie, w tym bodajże dwa razy w Przemyślu. Poza tym z Przemyśla wywodził się jeden z członków zarządu, więc nic dziwnego w tych częstych wizytach nie było... Ciekawe tylko, co tak ważnego uczynił dla województwa podkarpackiego pan Ludwiczuk, że głosowanie na niego było "jedynie słuszne". Pewnie to, że wstawił się w 2009 roku za pozostawieniem Znicza Jarosław w męskiej ekstraklasie, po wcześniejszej, wręcz absurdalnej decyzji Polskiej Ligi Koszykówki o wyrzuceniu jej z powodu niespełnienia nieprecyzyjnie określonych kryteriów licencyjnych? Cóż, to zawsze jakiś argument. Tylko czy wystarczający, aby na kolejne 4 lata powierzać decydowanie o losach polskiego basketu człowiekowi, który dużo więcej zepsuł niż stworzył, a polityka to dla niego pole dla załatwiania prywatnych interesów? Z kim się przystajesz, takim się stajesz... 

Po tym, co działo się w PZKosz w ostatnich latach, powinna nastąpić zmiana - zarówno wśród ludzi zarządzających tą organizacją, jak i przede wszystkim w stylu działania, dbania o wizerunek dyscypliny,  jej popularyzacji, przyciągania sponsorów. Trzeba zatem mieć nadzieję, że takie zmiany nadejdą, z korzyścią dla wszystkich. No może oprócz garstki odsuniętych od konfitur działaczy, ale raczej nikt za nimi płakać nie będzie.



sobota, 29 stycznia 2011

Dzielnica jedyna w swoim rodzaju


O jakiej dzielnicy będzie mowa? Oczywiście o Nowej Hucie! Z kilku powodów. Choćby dlatego, że od dwóch lat jestem jej mieszkańcem, chociaż w szerszym znaczeniu, tzn. nawiązując do podziału na dzielnice obowiązującego do 1991 roku - "moje" osiedle nie należy bowiem do tzw. starej Nowej Huty, czyli obecnej Dzielnicy XVIII. Szczególny charakter Nowej Huty stał się już przedmiotem wielu książek, opracowań, filmów, itp. Moda na tą dzielnicę nastała w ostatnich latach, nie tylko z powodu nagłośnionych obchodów 60-lecia jej powstania, które miały miejsce w 2009 roku.

Nowa Huta miała być odrębnym miastem - wzorcowym, bo w pełni robotniczym, zdecydowanie kontrastującym z inteligenckim i "reakcyjnym" Krakowem. Zresztą do dzisiaj wielu starszych mieszkańców na pytanie w jakim mieście/miejscowości mieszkają, odpowiadają bez chwili wahania - "w Nowej Hucie". Trudno dziwić się ich sentymentowi, bo w końcu na tym skrawku ziemi dojrzewali, zdobywali wykształcenie, pracowali. Ich rodziny uzyskały awans społeczny, migrując ze wsi do miasta. Oprócz kolejnych - będących wówczas swoistymi cackami architektonicznymi osiedli (wiele bloków zawierało elementy zaczerpnięte z renesansu czy baroku), powstały nowoczesne ulice, wiele terenów zielonych, linie tramwajowe, szkoły, przedszkola, boiska, sklepy, punkty usługowe, itp. Pod tym względem to "nowe miasto" było lepiej rozwinięte od starego Krakowa, który musiał otrząsnąć się po wojnie, a - co chyba ważniejsze - władza ludowa była bardzo zainteresowana rozwojem nowo powstałego, "robotniczego" tworu. Projekt opracowany przez wybitnych architektów nie został w całości zrealizowany. Zabrakło na przykład ratusza, który miał być "zamknięciem" monumentalnego Placu Centralnego od jego południowej strony. Sam układ przestrzenny ulic i osiedli, oparty na anglosaskiej "jednostce sąsiedzkiej" musiał jednak budzić wrażenie - zwłaszcza odnosząc to do osiedli budowanych  obecnie, głównie z myślą o zyskach deweloperów, dla których pojęcie ładu przestrzennego raczej nie istnieje...

Twórcy Nowej Huty byli przekonani, że będzie to idealne socjalistyczne miasto. Ich założenia jednak z czasem zweryfikowała rzeczywistość. Stopniowo zaczęło dochodzić do coraz większego oporu "ludu pracującego" wobec władz, zwłaszcza w kwestii braku w dzielnicy kościoła. Poza tym brak więzi społecznej i tradycji powodował liczne sąsiedzkie konflikty, alkoholizm, przestępczość. Mieszkańcy "starego" Krakowa zaczęli postrzegać nową dzielnicę jako siedlisko wszelkiego zła, a jako skutek działalności ówczesnej Huty im. Lenina uznawać duże zanieczyszczenie powietrza. Powstało więc wiele stereotypów na temat Nowej Huty i jej mieszkańców. Po przemianach ustrojowych i przejściu do gospodarki wolnorynkowej, istotnym problemem stało się wysokie bezrobocie, które było przyczyną wzrastającej przestępczości i chuligaństwa. Jednak ostatnia dekada to znacząca poprawa sytuacji pod tym względem, do czego przyczyniły się m. in. liczne wyjazdy młodych ludzi do Anglii i Irlandii. Tym samym "pierwotna" Nowa Huta znacznie się postarzała pod względem wiekowym, co na pewno nie napawa optymizmem. W wielu częściach Krakowa (np. wielkich osiedlach na Podgórzu) poziom przestępczości i innych patologicznych zjawisk jest obecnie wyższy niż w Nowej Hucie, ale ciężko pozbyć się przyszytej dawniej łatki. Szkoda, bo zmiana stereotypowego spojrzenia pomogłaby w jej rozwoju. Nowa Huta ma duży potencjał, poza tym odwiedza ją coraz więcej turystów. Sama architektura jest specyficzna, a do tego dochodzą zabytkowe (liczące nawet kilkaset lat) dworki i kościoły, kopiec Wandy, zalew. Historia dzielnicy jest świetnie udokumentowana, choćby poprzez liczne prywatne zbiory zdjęć, dokumentów i innych "dowodów istnienia",  które trafiają m. in. do nowohuckiego oddziału miejskiego muzeum. Warto też zauważyć, że dzielnica jakby na nowo odkryła swoją tożsamość, również w myśl zasady, że nie podcina się gałęzi, na której się siedzi. Nawet najbardziej zagorzałym przeciwnikom poprzedniego ustroju ciężko byłoby żyć w przekonaniu, że wszystko, co osiągnęli w swoim życiu (wykształcenie, praca, mieszkanie, itp.) zawdzięczają fanaberii reżimu, który postanowił stworzyć tą swoistą dzielnicę-miasto. Poza tym mają oni świadomość, że uczestniczyli w tworzeniu się historii. Natomiast młodsze pokolenie stara się dbać o ten specyficzny charakter dzielnicy, jej kulturę i oryginalny charakter.

Mój pierwszy kontakt z Nową Hutą? Przyjeżdżając na studia, słyszałem, że lepiej się tam nie wybierać, bo można być pozbawionym portfela, a może i nawet ponieść uszczerbek na zdrowiu. Dopiero gdzieś w połowie studiów zdecydowałem się na podróż tramwajem na Plac Centralny. Przeszedłem się po nim i wróciłem "w swoje rejony". Moją uwagę zwróciła ta charakterystyczna architektura, ale uważałem ją za siermiężny wytwór bardzo nieciekawego, stalinowskiego okresu naszych dziejów. Z równą niechęcią podchodziłem do całej dzielnicy i jej historii. Dzisiaj już wiem, że uległem uproszczeniom, rozpowszechnianym głównie przez osoby, które w Nowej Hucie nigdy nie mieszkały, a ich obecność tam - jeśli w ogóle - można policzyć na palcach jednej ręki. Co prawda nie stałem się jakimś zagorzałym fanem Nowej Huty, ale uważam ją za niezwykłe zjawisko. Twór, który powstał niejako w kontrze do "reakcyjnego" Krakowa, potrafi sam o siebie zadbać i wykorzystać swoją oryginalność. Jakiś czas po tej pierwszej wizycie były kolejne, chociaż bardziej dopiero po studiach. Poza tym przez prawie dwa lata pracowałem w okolicach nowohuckiego zalewu. Zatem oswojenie się z tą okolicą było niejako koniecznością. Tam naprawdę jest normalnie, chociaż nieco inaczej niż choćby w centrum Krakowa. Chyba nic nie zastąpi mi Rynku i jego okolic, ale nie można tak traktować rzeczywistości, że coś jest świetne, a coś innego zupełnie beznadziejne.

Dlatego z chęcią przemieszczam się po Nowej Hucie - nie tylko tej "nowszej", w której mieszkam i czuję się bardzo dobrze. Cieszę się, że tym samym bliżej poznaję coś, co początkowo zdawało mi się mało atrakcyjne, ale pod wpływem tego "obcowania" moja ocena się zmieniła.




piątek, 7 stycznia 2011

Co było i co będzie...


Jutro koszykarki Wisły wracają na parkiety. W ćwierćfinale Pucharu Polski zmierzą się w Krakowie z Liderem Pruszków, a już w sobotę również w hali przy Reymonta rozegrają mecz ligowy z Odrą Brzeg. W porównaniu do składu grającego w ostatnich tygodniach 2010 roku, powraca po kontuzji Gunta Basko, natomiast zadebiutuje Nicole Powell, która ma stanowić o sile ofensywnej zespołu (średnia 16,0 pkt w poprzednim sezonie Euroligi w barwach Fenerbahce Stambuł mówi sama za siebie). Zabraknie za to Janell Burse. Amerykanka spisywała się w grudniu słabo. Władze klubu dociekały przyczyn tej niedyspozycji, zarządzając nawet dodatkowe badania lekarskie. Wszystko wyjaśniło się jednak po świątecznym wyjeździe zawodniczki do USA - okazało się, że Janell jest w początkowym okresie ciąży! Zarząd TS Wisła poinformował w niedzielę o rozwiązaniu kontraktu i pilnie zabrał się za poszukiwanie następczyni. Priorytetem była zawodniczka z europejskim paszportem i taką dosłownie w ostatnich godzinach udało się zakontraktować. W barwach Wisły będzie występować świetna Białorusinka, Jelena Lewczenko (powszechnie określana w mediach jako Leuczanka, ale oryginalna pisownia nazwiska przeczy tej wersji), grająca dotąd w AZS Gorzów. Ten klub dopadły problemy finansowe i nie był w stanie płacić jednej z najlepszych europejskich środkowych wysokiego kontraktu. Taka sytuacja sprawi, że zarówno w Eurolidze, jak i PLKK wiślaczki mogą grać w tym samym składzie (jak pisałem poprzednio - w przypadku obecności Burse było to niemożliwe, gdyż w kadrze byłyby trzy zawodniczki spoza Europy, zaś w Eurolidze mogą grać jedynie dwie).

Tak wygląda na chwilę obecną sytuacja w teamie koszykarek Wisły. A jak można ocenić postawę poszczególnych zawodniczek w dotychczasowych meczach PLKK i Euroligi?

Zacząć należy od tego, że - o czym wspominałem w zeszłym tygodniu - inaczej niż w poprzednim sezonie jest skonstruowany skład zespołu Jose Ignacio Hernandeza. Miejsce efektownych, nieraz nieobliczalnych Fernandez, Cohen czy Castro zajęły zawodniczki bardziej przewidywalne, znane ze swojej ambitnej postawy w obronie. Niewątpliwie w zeszłym sezonie ten element był piętą Achillesową wiślaczek. Taka konstrukcja składu przełożyła się jednak na mniejszą ilość zdobywanych punktów i nieraz tą niemoc w ataku widać jak na dłoni.

O ile w poprzednim sezonie praktycznie każda z zawodniczek z pierwszej piątki była w stanie wziąć na siebie w krytycznym momencie ciężar zdobywania punktów, to w obecnych rozgrywkach (zwłaszcza w Eurolidze) można w tej mierze liczyć w zasadzie jedynie na Ewelinę Kobryn i Erin Phillips. Wychowanka Wisły w kolejnym sezonie udowadnia, że jest najlepszą środkową w Polsce i na tej pozycji można zaliczyć ją do europejskiej czołówki. Średnie 15,0 pkt i 6,4 zbiórki w Eurolidze, dobitnie o tym świadczą. Australijka jest za to niesamowicie waleczna, nie ma dla niej straconych piłek, dużo widzi na parkiecie, a w trudnych chwilach nie boi się  brać odpowiedzialności za zdobywanie punktów. Czasem jednak to jej - oraz koleżanek - zaufanie do własnych umiejętności nie wychodzi na dobre, czego przykładem była ostatnia akcja w feralnym meczu przeciwko Taranto. Jednak bezsprzecznie Erin jest dla Wisły bezcenna. 

Na pewno natomiast nie tak mocnym punktem drużyny jak w poprzednim sezonie była przywoływana wyżej Burse. Od początku rozgrywek było widać jej brak zdecydowania, większe trudności w zdobywaniu punktów. Być może było to spowodowane urazem, jakiego nabawiła się jeszcze pod koniec września. Poza tym rywalki po jej wcześniejszych osiągnięciach zwracały na nią większą uwagę. Istotna była też zmiana na pozycji pierwszej rozgrywającej. Wiadomo, że od playmakera wymaga się m. in. umiejętnego dogrywania piłek do podkoszowych - ten element w obecnym sezonie na pewno nie wychodzi tak dobrze jak w poprzednim. Swoje mogło też zrobić swoiste osamotnienie Janell, brak takiej nici porozumienia z resztą zespołu, nie tylko na parkiecie. W grudniu było już widać wyraźną obniżkę formy, zagubienie, zwłaszcza w ataku. W jednym z wywiadów prezes Ludwik Miętta-Mikołajewicz nieśmiało zastanawiał się nawet nad możliwością rozwiązania kontraktu z Amerykanką. Realizację tych hipotez wyprzedziła sama zawodniczka. Lewczenko prezentuje co najmniej ten sam poziom co Burse. Zatem siła pod koszem na pewno nie osłabnie, a zapewne będzie nawet jeszcze lepiej (zwłaszcza wobec wyraźnie gorszej ostatnio dyspozycji Janell). Oby tylko Białorusinkę omijały urazy, trapiące ją nieco w ostatnich tygodniach w Gorzowie.

Zmienniczka Kobryn i Burse, pozyskana z Lotosu Gdynia, Magdalena Leciejewska na początku sezonu miała problemy z kolanem - nie pierwszy raz w swojej karierze. Potem jej gra ogólnie zadowalała, chociaż dużo więcej wnosiła do gry w PLKK (średnio 11,4 pkt na mecz) niż w Eurolidze. Waleczna, dobrze trafiająca z półdystansu, jednak zdarzało się jej stanowczo zbyt wiele pudeł spod samego kosza. Na pewno będzie jeszcze bardzo pożyteczna w tym sezonie.

Problemy są na pozycjach nr 1 i 3. O ile na tej pierwszej są dwie w miarę równorzędne zawodniczki, to ich poziom nie jest zbyt zachwycający, zwłaszcza jak na wymagania Euroligi. Co z tego, że Andja Jelavić była w zeszłym sezonie najlepszą podającą tych rozgrywek, skoro gra zespołu Gospić Croatia była jedną wielką prowizorką? Chorwatka jest - owszem - ambitna, szybka, walczy w obronie, biega do kontrataków, ale to za mało. Wprawdzie jest najlepiej podającą zespołu w Eurolidze (4,0 asysty na mecz), ale notuje koszmarne straty, gubi się w końcówkach meczów (np. z Gorzowem czy Taranto). Kompletnie nie umie dobrze, przytomnie rozegrać akcji, przewidzieć wydarzeń na boisku, niedokładnie, wręcz chaotycznie podaje, kiepsko współpracuje z wysokimi zawodniczkami. Te elementy to dla rozgrywającej podstawa. Do tego jej skuteczność z dystansu i z linii rzutów wolnych wręcz zatrważa. Paulina Pawlak również nie zachwyca i jest pod względem stylu podobną zawodniczką, ale jej gra aż tak nie razi, do tego dysponuje lepszym rzutem za 3 pkt, a jej znakiem firmowym jest waleczność - potrafi przykleić się do prowadzącej akcję rywalki niczym pittbull i wydrzeć jej piłkę. Wielu kibiców tęskni za finezyjną, choć nieraz niezbyt rozsądną Liron Cohen, czy za prawdziwym mózgiem zespołu, jakim przez 5 lat była Jelena Skerović. To na pewno wyższa europejska półka. Cóż, w tym sezonie tak dobrze nie jest...

Sprawa na pozycji niskiej skrzydłowej od początku sezonu była skomplikowana. Mogą tam grać Gunta Basko, Katarzyna Krężel i Dorota Gburczyk-Sikora. Te dwie pierwsze są w stanie występować także na pozycji nr 2, wspierając Erin Phillips. Sprawę znacznie skomplikowała kontuzja Łotyszki i jej dwumiesięczna przerwa w grze. Do tego momentu nie zachwycała, ale dała się poznać jako zawodniczka solidna, dobra w grze obronnej, niezła w rzutach za 3 pkt. Jej wadą była jednak niestabilność formy. Krężel początkowo wykorzystywała szansę gry w większym wymiarze czasowym, jednak później straciła pewność siebie i już wnosiła znacznie mniej do gry zespołu. Dobrze więc, że najlepszy od wielu lat sezon notuje kapitan Wisły. Dorota po wyjściu za mąż wyraźnie nabrała nowych sił. To już nie ta sama zawodniczka, której po wyjściu na parkiet trzęsły się ręce i nie wiedziała, co zrobić z piłką. Walczy na deskach, nieźle broni, no i dokłada więcej punktów niż w poprzednich latach. Sytuacja na pozycji niskiej skrzydłowej wyraźnie zmieni się po przyjściu Powell i wyleczeniu się Basko. To Amerykanka będzie podstawową opcją, zaś Gunta zapewne będzie zmieniać ją i Phillips. W PLKK pewnie trochę pograją również Krężel i Gburczyk-Sikora, ale już nie w takim wymiarze jak dotąd.

Maja Vucurović, Katarzyna Gawor i Agnieszka Śnieżek stanowiły głęboką rezerwę i na parkiet wchodziły jedynie, gdy było już "pozamiatane". Martwi brak postępów tej pierwszej - a może brak otrzymywanych szans. Wydaje się, że powinna zostać wypożyczona do innego klubu, gdzie mogłaby więcej pograć, a przede wszystkim nabrać pewności siebie. Na pewno młodziutka Serbka ma duży talent, ale w jej przypadku może nie znaleźć to przełożenia na dalszą karierę. Obym był złym prorokiem.

Jak wspomniałem na wstępie - plusem ekipy Wisły w tym sezonie jest gra obronna, której konsekwencją jest znacznie mniejsza ilość traconych punktów (w Eurolidze - średnio 59,8 pkt na mecz, w poprzednim sezonie - 73,4), jednak też drużyna mniej ich zdobywa (Euroliga - średnio 65,1, czyli o prawie 14 pkt mniej). Wynika to właśnie z innej konstrukcji teamu, braku "strzelb" - chociaż te proporcje może zmienić pojawienie się Powell. Sztab trenerski podchodzi też z większą powagą do meczów ligowych, dobrze rozpracowując poszczególne zespoły. Ważne jest, że w trakcie meczu Hernandez umie skorygować grę zespołu, zmobilizować, choćby po nieudanej pierwszej połowie. O ile do przerwy Wisła nieraz traci około 40 pkt, to w trzeciej i czwartej kwarcie rywalki gubią się wobec świetnej defensywy i niekiedy ledwo przekraczają granicę 60 pkt w całym meczu. Minusem jest na pewno - o czym wspominałem - słabsze niż w poprzednim sezonie konstruowanie akcji. Poza tym piętą Achillesową są niewątpliwie rzuty wolne. W Eurolidze skuteczność w tym elemencie wyniosła 65%, a w PLKK było jeszcze gorzej. 63% to najniższy odsetek spośród wszystkich trzynastu ekip! Nie pomogły  zbyt wiele specjalne treningi rzutowe. Najgorszą skuteczność z linii rzutów wolnych miały Burse i Jelavić. Można stwierdzić, że "dzięki" fatalnie egzekwowanym osobistym wiślaczki przegrały u siebie z AZS Gorzów, a w wielu meczach dostarczały niepewności w końcówce. Ten element będzie szalenie ważny również w kolejnych meczach, gdzie często wynik może być bliski remisu.


Podsumowując - w tym sezonie emocji już nie brakowało, a na pewno będzie ich jeszcze więcej, bo przecież walka zarówno w polskiej ekstraklasie, jak i Eurolidze wchodzi w decydującą fazę.



poniedziałek, 27 grudnia 2010

Nie jest źle, ale...


W obecnym sezonie koszykarki Wisły Can Pack Kraków rozegrały dotąd łącznie 22 mecze w rozgrywkach polskiej ekstraklasy i Euroligi. Obecnie trwająca przerwa świąteczno-noworoczna skłania do analizy na temat dotychczasowych wyników drużyny, której występom przyglądam się z dużą uwagą.

Zacząć należy od sytuacji z poprzedniego sezonu, bowiem miał on spory wpływ na określenie pewnych priorytetów przez kierownictwo klubu. Niekwestionowanym sukcesem był awans do rozgrywek Final Four Euroligi, ale jednocześnie zespół prowadzony przez Jose Ignacio Hernandeza nie awansował do półfinału play off w PLKK! Niepowodzenie na krajowym podwórku spowodowało, że celem nr 1 dla włodarzy TS Wisła jest w obecnym sezonie odzyskanie tytułu mistrza Polski, zaś osiągnięcia na europejskich parkietach są jakby dodatkiem. Sporej przebudowie uległ skład. Odeszła przede wszystkim – po trzech latach występów w barwach Wisły – świetna Marta Fernandez, zespół opuściły także krytykowane za słabą postawę w lidze Liron Cohen i Iziane Castro-Marquez, niezbyt pasująca do zespołu Katerina Zohnova, zaś spośród Polek najistotniejsze były ubytki doświadczonych podkoszowych: Agnieszki Majewskiej i Anny Wielebnowskiej. W ich miejsce do Krakowa trafiły: MVP poprzedniego sezonu PLKK – Australijka Erin Phillips,  chorwacka rozgrywająca Andja Jelavić, doświadczona Łotyszka Gunta Basko oraz dwie reprezentantki Polski: Magdalena Leciejewska i Katarzyna Krężel. W styczniu drużynę ma wzmocnić jeszcze amerykańska skrzydłowa Nicole Powell.

W polskiej ekstraklasie wiślaczki zajmują jak dotąd pierwsze miejsce – na 14 meczów odniosły 13 zwycięstw. Przy pewnej dozie szczęścia (ale chyba jeszcze bardziej rozsądku) bilans po stronie porażek mógł być zerowy. Jednak 14 listopada wicemistrzynie Polski, AZS PWSZ Gorzów Wlkp. w hali przy Reymonta prowadziły niemal od samego początku, zaś ekipie Wisły gra nie kleiła się. Dopiero zryw w czwartej kwarcie spowodował odwrócenie się sytuacji. W ostatniej minucie szansa na zwycięstwo była spora, ale wiślaczki spudłowały cztery rzuty wolne pod rząd, a następnie nie faulowały rywalek, które wykorzystały to bezwzględnie, trafiając równo z końcową syreną za 3 pkt, dzięki czemu doprowadziły do dogrywki, w której minimalnie wygrały... Cóż, taki jest sport, a w lutym w Gorzowie sytuacja może się odwrócić. Poza tym drużyna dowodzona przez Hernandeza raczej bez większych problemów odnosiła wygrane. Szczególnie cenne były ciężko wywalczone triumfy w Polkowicach i Toruniu, z zespołami zaliczanymi do ścisłej czołówki PLKK. Oprócz tego, jedynie w inaugurującym ligę meczu z Artego Bydgoszcz oraz w ostatnim z dotychczasowych – przeciwko Tęczy Leszno – o wygranych decydowała nerwowa końcówka. Pozostałe spotkania kończyły się wyraźnymi zwycięstwami faworytek z Krakowa – spośród nich na uwagę zwraca odprawienie różnicą 28 pkt mistrzyń z poprzednich dwóch sezonów (choć w obecnych rozgrywkach dysponują one cokolwiek słabszym składem i na parkiecie, i na ławce trenerskiej) – Lotosu Gdynia.

Z powodu rozstawienia w Eurolidze – będącego rzecz jasna konsekwencją awansu do Final Four – w obecnym sezonie grupa, do której trafiła Wisła, jest łatwiejsza od tej z poprzedniego sezonu. Taranto, Kosice, Pecs, Mondeville, Ryga – niewątpliwie nie są to ekipy z europejskiego topu. Jedynie Taranto dysponuje składem i aspiracjami podobnymi do teamu z Krakowa. Właśnie z tą drużyną wiślaczki poniosły dwie porażki. O ile niepowodzenie we Włoszech było niejako wkalkulowane w ryzyko (6 pkt różnicy po bardzo zaciętym meczu), to przegrana z włoskim teamem w hali przy Reymonta boli z kilku powodów. Po pierwsze – zawodniczki Wisły przegrały po dramatycznej końcówce różnicą zaledwie 1 pkt, przy czym na ostatnią akcję nie miały sensownego pomysłu, zostawiając wszystko Erin Phillips. Taka strategia była zbyt czytelna i miała nikłe szanse powodzenia. Po drugie – ta porażka przerwała passę szesnastu kolejnych zwycięstw na własnym parkiecie w Eurolidze (poprzednio w Krakowie wygrał Halcon Avenida Salamanca 12 listopada 2008 r. - trenerem hiszpańskiego teamu był wówczas... Jose Ignacio Hernandez). Wreszcie po trzecie, chyba najważniejsze – to rozstrzygnięcie może spowodować, że Wisła nie będzie mieć atutu własnej hali nawet w pierwszej rundzie play off. Jeszcze pod tym względem nie wszystko stracone, ale trzeba wygrać zarówno w Rydze, jak i Koszycach (co będzie dużo trudniejsze), choć i tak wówczas jeszcze nie będzie pewności co do znalezienia się w pierwszej ósemce po rozgrywkach sezonu zasadniczego. Ciężko zrozumieć też - a może przede wszystkim - wpadkę na inaugurację rozgrywek w Mondeville. Do przerwy Wisła miała 9 pkt przewagi, ale w drugiej połowie coś się załamało i przegrała 65:76... Francuzki zagrały jedno z dwóch najlepszych spotkań w Eurolidze (ograły też Taranto i dla Włoszek była to jak dotąd jedyna porażka), bo ich ostatnie osiągnięcia cokolwiek nie zachwycają, a może po prostu w ich przypadku wszystko wróciło do "normy". Tym bardziej więc team Hernandeza nie powinien był dopuścić do takiego rozstrzygnięcia. W Krakowie dość pewnie wygrała Wisła, z nawiązką odrabiając stratę w małych punktach z Mondeville (65:47). Poza tym koszykarki z Białą Gwiazdą na koszulce dwukrotnie ograły „stare znajome” z Pecsu (pewniej na Węgrzech niż w Krakowie), były bezwzględne dla TTT Ryga (89:48 mówi samo za siebie) i po nieco nerwowym meczu wygrały z Dobrymi Aniołami z Koszyc (66:61).

Bilans 5-3 gwarantuje już teraz spokojny awans do play off, ale czy to było celem samym w sobie dla wiślaczek przed rozpoczęciem tego sezonu? Tutaj trzeba mieć wątpliwości. Podkreślę jeszcze raz – grupa jest naprawdę łatwa, więc najistotniejsze powinno być wyśrubowanie jak najlepszego wyniku, aby miało to przełożenie na pozycję po sezonie zasadniczym, co wręcz wymusza taki, a nie inny regulamin rozgrywek. W zeszłym sezonie bilans 9-1 pozwolił Wiśle na rozstawienie z nr 3 w drabince play off i tym samym posiadanie atutu własnego parkietu zarówno w pierwszej, jak i drugiej rundzie. Obecnie, po ośmiu meczach bilans 7-1 był jak najbardziej realny i osiągnięcie go znacznie przybliżyłoby pierwszą czwórkę przed play off. Jednak chyba dają tutaj znać o sobie nakreślone przez działaczy priorytety – od Euroligi ważniejsze są rozgrywki PLKK i to przede wszystkim na krajowym podwórku trzeba się koncentrować na odnoszeniu zwycięstw...


Jeśli chodzi o ekstraklasę, wiślaczki czeka w miarę spokojny styczeń. W zasadzie tylko spotkanie z Energą w Krakowie może dostarczyć pewnych emocji, choćby z uwagi na osobę coacha toruńskiego teamu, Elmedina Omanicia, który doprowadził Wisłę w latach 2006-07 do triumfów w krajowych rozgrywkach. W drugiej połowie lutego odbędą się za to dwa szalenie istotne mecze dla układu czołowej trójki - najpierw wyjazd do Gorzowa, a następnie gra u siebie przeciwko polkowickiemu CCC. Nieco więcej wysiłku mogą kosztować wyjazdowe spotkania w Gdyni i Pruszkowie. Natomiast w Eurolidze będą - jak wspomniałem - dwa bardzo ważne w kontekście pozycji przed play off występy na obcych parkietach. Drużynie powinna już pomóc powracająca po złamaniu kości śródstopia Gunta Basko. Nieco bardziej skomplikowana sytuacja jest z Nicole Powell. Jej przyjazd z pewnością ożywi grę na obwodzie i wprowadzi nowe rozwiązania taktyczne, ale wszystko wskazuje na to, że jedynie w PLKK. W rozgrywkach europejskich mogą grać bowiem tylko dwie zawodniczki spoza Europy, a przecież są już w składzie Phillips i Burse. Zatem istnieje jedynie możliwość wymiany którejś z nich.


Jednak o tym, jak zaprezentowały się w dotychczasowych meczach poszczególne zawodniczki Wisły, napiszę następnym razem.


wtorek, 21 grudnia 2010

Panu już dziękujemy...


Pisałem o karygodnym zachowaniu Romana Ludwiczuka, ujawnionym dzięki nagranej rozmowie, w której ponawiał korupcyjną propozycję wobec jednego z wałbrzyskich samorządowców. Senator i prezes PZKosz w jednej osobie stracił tym samym zaufanie własnej partii i doszczętnie skompromitował się w oczach opinii publicznej. Swoimi wcześniejszymi "popisami" (a czasem ich brakiem, gdy były potrzebne rzetelne działania) dał dowód, że nie powinien stać już na czele koszykarskiej centrali.

Przeoczyłem wówczas jeden istotny szczegół. Otóż w momencie, gdy Ludwiczuk kilka dni przed drugą turą wyborów na prezydenta Wałbrzycha składał niemoralne propozycje, posługując się polszczyzną na poziomie różnej maści dresiarzy, czteroletnia kadencja PZKosz już była zakończona. W tej sytuacji "pojechał po bandzie", co spotkało się z konkretną reakcją Ministerstwa Sportu. Skądinąd ciekawe, czy zarządzający polskim sportem złożyliby podobne oświadczenie, gdyby nie wybuchł polityczny skandal z udziałem senatora PO. Wiadomo - ta partia jest u władzy i bardzo zależy jej, aby nie kojarzyć z nią różnych afer. Mogła więc paść w tej kwestii pewna odgórna dyrektywa. Gdyby tak się stało, wówczas trzeba pochwalić tego typu inicjatywę - chociaż może wcześniej trzeba było się zainteresować, co wyczynia miłościwie panujący prezes? Jest niewiele gorszych zjawisk niż przyspawany do stołka, mający poczucie bezkarności satrapa. I to obojętnie, czy jest prezydentem Białorusi, czy "tylko" stoi na czele jakiegoś tam związku sportowego... Panu L. wydawało się zapewne, że skoro jest w Platformie, do tego utrzymuje dobre kontakty z Grzegorzem Schetyną, to może robić z polską koszykówką co mu się żywnie podoba. Zatem przeliczył się. Tym niemniej nie jest przesądzone, czy nie wystartuje w nadchodzących wyborach - wówczas wcale nie jest bez szans na wygraną. W końcu nieco działaczy coś tam może mu zawdzięczać, a tzw. teren niekoniecznie musi być wstrząśnięty jego dotychczasową "działalnością". Trudno też dostrzec w światku koszykarskim osobę, która mogłaby stanowić realną alternatywę w wyborach. Tak więc różnie to się może jeszcze ułożyć. Wybór Ludwiczuka na kolejną kadencję byłby kolejnym krokiem wstecz dla polskiej koszykówki. Mógłby też w jakimś stopniu odbić się echem poza granicami Polski, wszak nasz kraj za pół roku organizuje mistrzostwa Europy koszykarek. Gdyby do tego czasu prezes usłyszał zarzuty korupcyjne, sytuacja byłaby cokolwiek niezręczna i wstydliwa...


Jak to mawiają przedstawiciele organów ściagania - sprawa jest rozwojowa, zatem na pewno będę do niej powracać.

niedziela, 12 grudnia 2010

Quo vadis, Wisło?


W ostatni weekend listopada zakończyła się runda jesienna piłkarskiej ekstraklasy. Rok temu, przed zimową przerwą Wisła Kraków była liderem, mając kilka punktów przewagi nad warszawską Legią i poznańskim Lechem. Wobec tego, drugie miejsce na półmetku tego sezonu należałoby traktować jako rozczarowanie. Jednak - paradoksalnie - trzeba stwierdzić, że to wynik nawet powyżej oczekiwań, biorąc pod uwagę zawirowania, jakie miały miejsce w klubie od zakończenia poprzedniego sezonu.

W przerwie letniej nastąpiła gruntowna wymiana składu. Trudno jednak uznać, aby to były przemyślane działania władz klubu. W rozsypkę poszła praktycznie cała formacja defensywna, ze świetnym duetem stoperów Głowacki - Marcelo na czele. Poziom sprowadzonych obrońców nie dość, że nie był zadowalający, to jeszcze musieli oni przechodzić okres aklimatyzacji w  Polsce. Rozczarowaniem okazał się też serbski bramkarz Milan Jovanić, który miał pozbawić bluzy z numerem 1 Mariusza Pawełka. Ze stanu przednich formacji równiez ciężko było być zadowolonym, chociaż pod względem ilościowym sytuacja się poprawiła, ale nie miało to konkretnego przełożenia na jakość. Kilku podstawowych wcześniej piłkarzy nie prezentowało na początku sezonu - mówiąc oględnie - zbyt wysokiej formy, a do tego Patryk Małecki omal nie został dyscyplinarnie wyrzucony z klubu. Wracający po 5 latach na Reymonta Maciej Żurawski nie okazał się mężem opatrznościowym. Niewykorzystany przez niego rzut karny w końcówce pierwszego meczu eliminacji Ligi Europejskiej z Karabachem Agdam postawił Białą Gwiazdę przed rewanżem w Baku w mało komfortowej sytuacji. Tydzień później wiślacy byli już za burtą pucharów, a nazajutrz Henryk Kasperczak podał się do dymisji. Jego druga kadencja w Wiśle jest dość dobrym przykładem powiedzenia, że dwukrotne wchodzenie do tej samej rzeki (nomen omen) jest cokolwiek ryzykowne.

Po dwutygodniowym okresie bezkrólewia, podczas którego pełniący obowiązki trenera Tomasz Kulawik poprowadził dużynę do dwóch ligowych zwycięstw i jednej porażki, władze klubu ogłosiły nazwisko następcy Kasperczaka. Prezes SSA Wisła, Bogdan Basałaj podkreślał, że będzie nim obcokrajowiec. Jednak powszechnie spodziewano się bardziej znanego nazwiska niż Robert Maaskant. Holender dostał kredyt zaufania od zarządu i oczywiście wszechwładnego Bogusława Cupiała. Występ w Białymstoku przeciwko liderującej Jagiellonii był cokolwiek obiecujący i nawet bardziej adekwatnym wynikiem niż minimalna porażka byłby remis. Potem jednak zaczęło się dziać niezbyt ciekawie. Trzy remisy pod rząd (z czego zwłaszcza 0:0 u siebie z przedostatnim wówczas w tabeli Śląskiem Wrocław chluby nie przyniosło) i porażka z Górnikiem w Zabrzu sprawiły obsunięcie się na ósme miejsce. A przecież najtrudniejsze i najbardziej prestiżowe mecze były dopiero przed wiślakami... Holenderski coach kombinował co nieco z ustawieniem wyjściowej jedenastki. Na duży plus można zapisać mu, że nie ustawał w poszukiwaniach optymalnego zestawienia - praktycznie każdy piłkarz z ponad 20-osobowej kadry otrzymał szansę do pokazania swoich umiejętności. Taką okazję w meczu z Lechią Gdańsk doskonale wykorzystał Andraż Kirm. Słoweniec strzelił dwie bramki, przy jednej asystował, a do tego wywalczył rzut karny, zamieniony po chwili na bramkę. Co z tego, że wiślakom udało się rozegrać bardzo dobry mecz, skoro tydzień później polegli w Pozaniu ze słabo spisującym się w lidze Lechem 1:4. Zapewne po tej porażce Maaskant nie czuł się zbyt komfortowo, wiedząc, że w kolejnych meczach nie może pozwolić sobie na margines błędu. Derby na stadionie Cracovii były mało atrakcyjne i kiedy wydawalo się, że zakończą się bez bramek, w 94. minucie Nourdin Boukhari strzelił zwycięskiego gola. Warto wspomnieć, że był to pierwszy mecz, w którym Marokańczyk nie wyszedł w podstawowej jedenastce, a na boisku pojawił się dopiero w 75. minucie. Padały głosy, że jest pupilkiem trenera, ale okazało się, że u Maaskanta świętych krów nie ma. Tydzień później do Krakowa przyjechała odradzająca się po kiepskim starcie sezonu, opromieniona czterema kolejnymi wygranymi Legia. Wiślacy świetnie rozpracowali rywala, zagrali z polotem i pewną dozą szczęścia (ale ono sprzyja lepszym), szaleli Paweł Brożek i Małecki, Radosław Sobolewski był niezastąpiony w walce w środkowej strefie boiska, Erik Cikos świetnie inicjował ataki skrzydłem i podobnie jak Osman Chavez był bezbłędny w defensywie. Pawełek znów potwierdził, że postawienie na niego przez Maaskanta było strzałem w dziesiątkę. Legia nie miała wiele do powiedzenia, chociaż końcowy wynik jest może nieco za wysoki. W następnej kolejce wiślacy zagrali na Reymonta z Zagłębiem Lubin. Nie zachwycili, ale zwycięski gol zdobyty na  kilka minut przed końcem sprawił, że Biała Gwiazda została wiceliderem. Tą pozycję utrzymała po bardzo cennej wygranej - również 1:0 - w Warszawie z Polonią.


Zatem ostatnie cztery mecze okazały się zwycięskie, do tego wiślacy zachowali w nich także czyste konto po stronie strat. Postawa defensywy była wcześniej piętą Achillesową zespołu (w pierwszych 11 meczach 15 goli straconych), narzekał na nią Maaskant. W końcu jednak znalazł receptę na ten problem. Trzeba podkreślić świetną rundę w wykonaniu Pawełka, na którego konkurencja w osobie Jovanicia podziałała bardzo mobilizująco. Niejeden raz uratował zespół przed stratą goli, broniąc nieraz w niemal beznadziejnych sytuacjach. Z meczu na mecz coraz pewniej radził sobie także na środku obrony Chavez, podobnie jak Cikos na prawej stronie. Pewien postęp po bardzo kiepskim starcie zanotował Gordan Bunoza. Natomiast Dragan Paljić poprawnie wywiązywał się z nowej dla siebie roli lewego obrońcy. Pod koniec rundy odnalazł się Paweł Brożek, nieźle jako rozgrywający radził sobie Łukasz Garguła, który w końcu wrócił do pełni sił po przewlekłej kontuzji. Zwyżkę formy zanotowali równiez Kirm i Sobolewski. Małecki posiada wielki talent, ale na pewno nie wykorzystuje swoich umiejętności - jeśli nie przestanie grać tak egoistycznie, raczej powinien szukać nowego klubu, a przynajmniej usiąść na ławce. Świetnie swoją szansę w meczu z Legią wykorzystał Tomas Jirsak, grający wcześniej bardzo mało. Tak wyglądała podstawowa jedenastka w ostatnich meczach. Bardzo obiecująco prezentował się pozyskany z Korony Kielce defensywny pomocnik Cezary Wilk. O tą pozycję kibice Wisły - po ewentualnym przejściu na emeryturę Sobola - mogą być spokojni. Kto zawiódł? Na pewno Piotr Brożek, Boukhari i Żurawski, również nie wykorzystał swojej szansy Serge Branco. Andres Rios po wyleczeniu kontuzji nie wrócił już do składu, a w ciągu kilkunastominutowych występów ciężko było mu pokazać pełnię swoich nieprzeciętnych możliwości. Rafał Boguski miał dostać swoją szansę - trener widział go w "jedenastce" na mecz z Górnikiem, ale na treningu zerwał więzadła w kolanie. Cleber grał słabiej niż w poprzednich sezonach, popełniał błędy, ale pewnie zachowałby miejsce w podstawowym skłądzie, gdyby nie koszmarnie wyglądająca kontuzja w ostatnich minutach meczu w Poznaniu. Na szczęście jej skutki nie okazały się bardzo poważne, ale doświadczony  Brazylijczyk raczej nie wystąpi już w koszulce z Białą Gwiazdą. Albo zakończy swoją bogatą karierę, albo odejdzie do innego klubu.

Niezwykle ważna będzie przerwa zimowa. Maaskant wraz ze swoim rodakiem - dyrektorem sportowym, Stanem Valckxem ma na oku wielu piłkarzy z różnych lig, w klubie powstała nawet lista obejmująca kilkadziesiąt nazwisk. Mówi się, że tym razem Cupiał nie będzie oszczędny i wyłoży dużą - jak na polskie warunki - gotówkę, aby wzmocnić zespół. Szczególnie poszukiwani są zawodnicy na pozycję stopera, lewego obrońcy, skrzydłowego oraz napastnik. Problem w tym, aby dokonać właściwego wyboru. Tylko i aż... Nie mniej ważne od kwestii kadrowych będzie odpowiednie przepracowanie okresu przygotowawczego. Holenderski trener zrobił już bardzo wiele, bo nie miał żadnego wpływu na przygotowanie zespołu do sezonu, poza tym zastał go w bardzo kiepskiej kondycji fizycznej i psychicznej. Wisła na pewno mogła grać lepiej i ciekawiej, ale pod koniec rundy jesiennej było już widać pewną nową jakość w postawie zespołu - w porównaniu do początku rozgrywek dość duży postęp. Trzeba też oddać Maaskantowi, że odpowiednio potrafi dbać o atmosferę w zespole, co jest szczególnie ważne, biorąc pod uwagę dużą ilość obcokrajowców, a także przecieki o niezbyt dobrych relacjach między niektórymi piłkarzami. Cóż, wystarczy jeden Małecki w drużynie, żeby różnie to wyglądało... Właśnie z nim nowy trener miał największe problemy, ale wydaje się, że potrafił dotrzeć do niepokornego 22-latka, który bardziej zrozumiał, że piłka nożna to gra zespołowa, zarówno na boisku, jak i poza nim. Oby czynił w tej kwestii dalsze postępy.

Jagiellonia jest świetnie prowadzona przez Michała Probierza i na pewno zrobi wszystko, aby w rundzie wiosennej nie wypaść gorzej, ale dystans 3 pkt to niewiele. Chociaż wydaje się, że groźniejszym rywalem w wyścigu o mistrzostwo będzie Legia (posiada tyle samo punktów co wiślacy), która nie trafiła z zakupami w lecie, więc teraz działacze ze stolicy będą szczególnie zmotywowani, aby odpowiednio wzmocnić drużynę. Do tego Maciej Skorża to jak na polskie warunki bardzo dobry trener, znający już świetnie specyfikę ligi i umiejący wyciągać wnioski z niepowodzeń. Lech raczej już nie ma szans, aby włączyć się do walki o czołowe lokaty. Może na wiosnę jedna z drużyn okaże się rewelacją (sprzyja temu bardzo "płaska" tabela), ale nie wydaje się, aby mogła się włączyć do bezpośredniej rywalizacji o tytuł.


Informacje o śmierci Wisły okazały sie przedwczesne i nieuzasadnione. Mało która ekipa w polskiej lidze potrafiłaby wyjść z tak głębokiej opresji w tak krótkim czasie. Wystarczy spojrzeć, co w lidze wyprawiał Lech - chociaż to już temat na nieco inną opowieść.



Zatem - byle do wiosny:).

piątek, 3 grudnia 2010

Trzęsienie ziemi


Tak trzeba określić to, co wydarzyło się w ostatnich dniach w Wałbrzychu. Przed drugą turą wyborów na prezydenta miasta sztab kontrkandydata obecnego prezydenta ujawnił to nagranie (z góry uprzedzam, że językowi esteci nie powinni słuchać go bez nieco przytkanych uszu). Buta i chamstwo, jakie przebija z wypowiedzi senatora PO, Romana Ludwiczuka, nie są jeszcze tak szokujące, jak "załatwiactwo", którym wręcz poraża. Co więcej - będzie ono teraz przedmiotem analizy organów ścigania.

Pomyślałby ktoś - kolejny lokalny polityk, któremu obecność w parlamencie uderzyła do głowy jak woda sodowa. No i tutaj niestety trzeba dojść do jeszcze smutniejszych wniosków. Już nie o to chodzi, że należał do Krajowego Sądu Koleżeńskiego swojej partii, bo jej los jest mi jakby obojętny. Ten facet od 4 lat jest prezesem Polskiego Związku Koszykówki. To do niego należały istotne decyzje dotyczące funkcjonowania jednej z najbardziej popularnych dyscyplin sportowych w Polsce, choćby obsada stanowisk selekcjonerów pierwszej reprezentacji męskiej i żeńskiej. To on stworzył wręcz wodzowski model zarządzania związkiem, otaczając się gronem przytakujących na każdym kroku popleczników. To on zasiadał jednocześnie we władzach Polskiej Ligi Koszykówki, firmując swoim nazwiskiem chaos organizacyjny, nieudane - przez blisko 3 lata - próby znalezienia tytularnego sponsora dla ligi koszykarzy, marginalizację rozgrywek w telewizji oraz "cudowne" recepty na zbudowanie świetlanej przyszłości reprezentacji w postaci obowiązku gry w drugiej kwarcie (w praktyce wielokrotnie trenerzy tylko do tych 10 minut ograniczali ich występy) tzw. młodych talentów w wieku 22-23 lat. Ludwiczuk nie był w stanie podjąć realnych działań, które umożliwiłyby odzyskanie popularności basketu. Okazja była znakomita - w zeszłym roku Polska organizowała przecież męski Eurobasket, czyli jedną z największych w Europie (po piłkarskich ME) i nośnych medialnie imprez sportowych w grach zespołowych. W Polsce tego zainteresowania nie było specjalnie widać, a frekwencję na trybunach ratowali kibice z innych krajów, głównie Litwy, Serbii czy Słowenii. W przyszłym roku Litwini pokażą nam, na czym polega profesjonalna organizacja Eurobasketu, a zwłaszcza odpowiedni klimat wokół tej imprezy... I tak było lepiej, bo na rok 2009 przypadła prawdziwa eksplozja popularności Marcina Gortata. Jednak to nie pan prezes sprawił, że ona wybuchła, ale występy centra Orlando Magic. Ludwiczuk odtrąbił sukces propagandowy, ale nikt z działaczy koszykarskich nie chciał się wychylić i przyznać, że było nieco inaczej. Ta cisza dowodzi, że brakuje kogoś, kto stanowiłby realną opozycję dla działacza-polityka z Wałbrzycha.


Panie Ludwiczuk - bez względu na to, czy prokuratura dopatrzy się w Pana zachowaniu znamion przestępstwa, czy też nie, jest takie pojęcie jak honor. Oprócz rezygnacji z członkostwa w Platformie, jak najszybciej powinien zrezygnować Pan ze stanowiska prezesa PZKosz. Staropolskie porzekadło głosi: kończ waść, wstydu oszczędź...


czwartek, 11 listopada 2010

Barwy kampanii


Słowa nic nie kosztują – to powiedzenie jest bardzo dobrze znane. Pasuje też doskonale do działań polityków w czasie kampanii wyborczej. Obiecują swoim wyborcom złote góry, a potem nieraz okazuje się, że są to tylko puste, propagandowe zagrywki, mające na celu jedynie zdobycie głosów. Niestety, tego procederu nie da się wykorzenić, jest on obecny nie tylko w naszym kraju.

Właśnie teraz w decydującą fazę wchodzi kampania do wyborów samorządowych, zatem przykłady różnych chwytów propagandowych można zauważyć w całej Polsce dosłownie codziennie. Akurat teraz są finalizowane różne lokalne inwestycje, organizowane imprezy, niektórzy kandydaci prezentują się w sposób cokolwiek oryginalny (jak choćby bardzo medialny i interaktywny prezydent Mysłowic czy rozśpiewani kandydaci na radnych). Zarządzający obecnie miastami czy gminami zapowiadają, jak świetlana przyszłość czeka mieszkańców, jeśli tylko umożliwią im pozostanie u władzy, a pretendenci starają się za wszelką cenę wykazać niedociągnięcia stojących na czele samorządu, roztaczając jednocześnie przed wyborcami wizje krainy mlekiem i miodem płynącej, która zrealizuje się wówczas, gdy powierzą im władzę na najbliższą kadencję. Te zjawiska widać choćby w Krakowie, gdzie np. jeden z polityków PO zachęcał do głosowania na Stanisława Kracika argumentem, że ta partia obecnie rządzi, więc w przypadku jego wygranej można będzie „załatwić” z budżetu państwa czy UE środki na strategiczne dla miasta inwestycje.

W zasadzie to wszystko, co wyżej opisałem, nie jest odkrywcze, przez 20 lat naszej demokracji takie utarczki już mało kogo dziwią, a w samym obiecywaniu nie jest jeszcze nic złego. No właśnie... Kwestią jest, czy w momencie składania tych obietnic, ich autorzy mają szczerą chęć ich dotrzymać, czy też jest to chłodna kalkulacja – ludzie chwycą przynętę, zagłosują, a potem jak coś nie będzie dotrzymane, wówczas pozłoszczą się trochę i zapomną. Zawsze też można wytłumaczyć się czynnikami zewnętrznymi, np. bliżej nieokreślonymi układami, które zastało się w lokalnych strukturach i teraz trzeba to czyścić. Niestety, w wielu przypadkach tak to właśnie funkcjonuje. Plus jeszcze oczywiście odpowiednie środki na kampanię, które pozwolą odbyć określoną liczbę spotkań, wydrukować setki czy tysiące ulotek, a nawet umieścić wizerunek kandydatów na billboardach.

Może były jeszcze gorsze przypadki, jednak dla mnie szczególnym rodzajem bezczelności w tej kampanii (a w zasadzie u jej zarania) wykazał się starosta powiatu jarosławskiego. Otóż w sierpniu zwrócił się do władz Jarosławia o przekazanie sporej działki, w celu stworzenia bulwarów nad Sanem. Więcej na ten temat tutaj: http://jaroslaw.naszemiasto.pl/artykul/553928,powiat-jaroslawski-chce-stworzyc-bulwary-nad-sanem,id,t.html. Cóż, sama idea jest bardzo dobra, tylko motywacja pana starosty, dlaczego akurat teraz chce wykonać tą inwestycję, do tego w sporym pośpiechu, już cokolwiek kompromitująca i ukazująca, co tak naprawdę jest tu najważniejsze. Ciekawe, dlaczego rok czy 2 lata temu nie myślał o tym, zwłaszcza że wówczas zapewne też środki by się znalazły...

Takich przypadków w całej Polsce zapewne nie brakuje. Dlatego idąc do wyborów, trzeba pamiętać, kto co obiecuje, a potem – jak w przypadku wyboru na wójta/burmistrza/prezydenta miasta, czy też radnego, z tych obietnic się wywiązuje. I wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski przy kolejnych wyborach.


poniedziałek, 1 listopada 2010

O kobietach słów kilka...


Pisząc wcześniej o mojej koszykarskiej pasji, nie wspomniałem, że kobiecym basketem interesowałem się cokolwiek średnio, traktując go zawsze mniej prestiżowo od męskiego, w czym zresztą nie byłem odosobniony. Czasem obejrzałem jakiś ważny mecz pucharowy czy reprezentacyjny w TV (liga w zasadzie nie była pokazywana w TVP). Do dzisiaj jednak nie pojmuję, jak żadna telewizja w Polsce nie pokazała meczu finałowego mistrzostw Europy w 1999 roku, rozgrywanego w Katowicach, w którym to Polki wygrały z Francuzkami i zdobyły złoty medal! Stąd też ten niezaprzeczalny sukces przeszedł w Polsce jakoś bez echa, nie został odpowiednio wykorzystany (zwłaszcza w porównaniu do późniejszych osiągnięć siatkarek). Wizytówką kobiecej koszykówki była mierząca 213 cm wzrostu Małgorzata Dydek - światowy fenomen. Była zawodniczką, wokół której koncentrowała się gra zespołu (reprezentacji Polski, Lotosu Gdynia, Utah Starzz w WNBA), a przeciwniczki chwytały się różnych sposobów, aby powstrzymać polską wieżę. I traf chciał, że wiosną 2005 roku byłem świadkiem jej ostatniego (najprawdopodobniej) meczu w polskiej ekstraklasie.

To był pierwszy sezon koszykarek Wisły Can Pack Kraków w Eurolidze. Ambicje były spore, ale już za sukces uznano awans do finału ekstraklasy, gdzie rywalkami były wielokrotne (bodaj siedem razy z rzędu) mistrzynie Polski i dwukrotne finalistki Euroligi - drużyna Lotosu Gdynia. Wcześniej o poczynaniach wiślaczek dowiadywałem się - i to niezbyt regularnie - z mediów, ale to wydarzenie zainteresowało mnie nieco bliżej - na tyle, że zdecydowałem się pójść na czwarty mecz finałowy. Gdynianki rozstrzygnęły go na swoją korzyść i zdobyły kolejny tytuł na krajowym podwórku.

Jak odebrałem ten flirt z "babskim koszem"? Cóż, może zachwycony nie byłem, bo i slum dunków nie było, ani walki ponad 3 metry nad ziemią i w ogóle wszystko mniej dynamiczne niż w męskim baskecie. Jednak doszedłem do wniosku - przecież to ta sama gra, te same zasady, to samo boisko, pięć na pięć. I te same emocje, towarzyszące ostatnim sekundom meczu, gdy zwycięstwo jest na włosku. This is basketball.

Kolejny sezon wiślaczek śledziłem tak trochę z oddali. Owszem, bardziej niż wcześniej byłem zorientowany w składzie, wynikach, itp. Ale pewną przeszkodę stanowił skromny budżet studencki, no i na dodatek w środowe późne popołudnia, gdy dziewczyny grały w Eurolidze, miałem zajęcia na uczelni. Tak czy inaczej, z każdym kolejnym miesiącem rozkręcałem się, a na meczach finałowych po prostu nie mogło mnie zabraknąć. Po 18 latach tytuł wrócił na Reymonta - mimo że nie byłem "stąd", mój entuzjazm był spory, nigdy nie zapomnę tej radości chwilę po ostatnim meczu... W końcu przez kilka lat studiowania poczułem się już mocno związany z Krakowem. Byłem też zachwycony grą Anny DeForge i Jeleny Skerović.

Sezon 06/07 to już dużo większa aktywność i moja obecność na większości meczów w hali przy ul. Reymonta. Obrona tytułu w niesamowitych okolicznościach i kolejne niezapomniane chwile... Następny sezon to huśtawka nastrojów. Gra poniżej oczekiwań, zmiana trenera i gdy wydawało się, że Lotos Gdynia będzie nie do przeskoczenia w meczach finałowych, rywalizacja była niezwykle zacięta. Siódmy, decydujący o tytule, mecz w Gdyni na zawsze przejdzie do historii polskiej (i światowej!) koszykówki, bo czy może być inaczej? Gdyby ta szalona akcja nie powiodła się, tytuł zdobyłyby zawodniczki Lotosu. W dogrywce uskrzydlone wiślaczki wypunktowały swoje rywalki, obroniły mistrzostwo i późnym wieczorem zostały gorąco powitane przez tłum wiwatujących kibiców na lotnisku w Balicach.

Kilka dni po tym wydarzeniu zarejestrowałem się na forum koszykówki kobiet, gdzie udzielam się w miarę często, uczestnicząc też m. in. w typowaniu wyników PLKK, Euroligi i WNBA, czy też grając w tzw. fantasy. Trzeci kolejny sezon mam karnet na mecze wiślaczek, co dla osoby będącej na niemal każdym meczu jest dobrą inwestycją.

Zeszły sezon to wspaniała postawa w Eurolidze, wiele trzymających do samego końca w napięciu meczów, co ważne - zwycięskich i awans do Final Four. W lidze kibiców Wisły spotkało natomiast bardzo przykre rozczarowanie. Co przyniesie ten sezon? Wygląda na to, że w PLKK są duże szanse na tytuł i te rozgrywki będą priorytetem, nieco kosztem Euroligi. Jak będzie, to się okaże. W każdym meczu mocno ściskam kciuki za powodzenie koszykarek z Białą Gwiazdą na piersi, mając przy okazji pewność, że polska liga prezentuje naprawdę wysoki poziom. Świadczą o tym nazwiska koszykarek, które w ostatnich latach przewinęły się przez rozgrywki Polskiej Ligi Koszykówki Kobiet i grają w niej obecnie. Ponadto mam świadomość, że kobiecy basket w niczym nie ustępuje męskiemu, dostarczając takich samych emocji. A do tego przyjemniej spojrzeć jest na parkiet, gdy biegają po nim zawodniczki mające w sobie wiele kobiecego uroku;).



PS. Dopiski różnej treści w linkowanym filmiku nie są mojego autorstwa. Obecnie na youtube jest tylko film w takiej właśnie wersji.


Moja pasja


Zasady koszykówki określił w 1891 r. kanadyjski pastor James Naismith. Zapewne nie był świadomy tego, jak wielką popularnością będzie w przyszłości cieszyć się ta gra, wymyślona jako urozmaicenie zajęć ruchowych dla studentów jednej z amerykańskich uczelni. 100 lat po tym wydarzeniu koszykówka zaczęła również krok po kroku zyskiwać wielkiego zwolennika w mojej skromnej osobie.

Nieraz zastanawiałem się - co takiego jest w tej dyscyplinie sportu, że od wielu lat jest dla mnie najważniejsza albo pierwsza tuż po piłce nożnej (ale - jak wiadomo - futbol to jakby całkiem inna planeta spośród dyscyplin sportu niemal na całym świecie). Na parkiecie o powierzchni nieco ponad 400 metrów kwadratowych dziesięciu ponadprzeciętnego wzrostu facetów lub facetek w krótkich spodenkach biega za pomarańczową z reguły piłką, próbując umieścić ją w prowizorycznym koszu, umieszczonym nieco ponad 3 metry nad ziemią. Są jakieś dziwne trumny, limit czasu na rozegranie akcji, sędziowie mogą odgwizdać kroki czy niesioną, poza tym w slangu funkcjonują takie pojęcia jak wsad, czapa, zasłona. Jednym słowem - dla laika jest to cokolwiek egzotyczne. Jednak ta gra porywa. Wystarczy wziąć piłkę w dłonie i rzucić do kosza, zagrać jeden na jednego, minąć przeciwnika dwutaktem czy skutecznie wybronić akcję rywali, aby poczuć tą magię.

Tak, to była niezwykła fascynacja, potęgowana tym, co działo się na początku lat 90-tych. Któż nie pamięta słynnego zawołania Włodzimierza Szaranowicza w TVP2 "hej hej, tu NBA"? Ta amerykańska liga w pełni zasłużenie zdobywała sobie na całym świecie zawrotną popularność. Z jednej strony niesamowici zawodnicy, drużyny, trenerzy, nieziemskie akcje, mrożące krew w żyłach końcówki meczów, zaś z drugiej - świetnie rozwijający się marketing i coraz większe pieniądze z tytułu kontraktów, reklam, transmisji telewizyjnych. Na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie (1992) w reprezentacji USA wystąpiły absolutnie największe gwiazdy koszykówki. Świat oszalał. Ta drużyna to był prawdziwy DREAM TEAM! Drugiej takiej w historii koszykówki chyba już nie będzie. Jordan, Pippen, Drexler, Barkley, Magic Johnson, Bird, Stockton, Malone, Robinson, Ewing... Gwiazdy NBA miażdżyły wszystkich rywali, co było odzwierciedleniem wielkiej przepaści, dzielącej USA od reszty koszykarskiego świata. Dzisiaj ta różnica nie jest tak wielka, gra bardziej zbilansowana, nie oparta w takim stopniu na indywidualnościach. Właśnie przez brak takich megagwiazd (punktem zwrotnym było ostateczne zakończenie kariery przez Michaela Jordana), może też pewien przesyt czy kłótnie o pieniądze (lockaut spowodował późniejszy start sezonu 1998/99) NBA przestała być tak popularna. W Polsce transmisje lecą tylko w Canal+, co stanowi istotne utrudnienie dla śledzenia ligi. Przyznaję - moja wiedza na temat NBA jest znacznie, znacznie mniejsza niż w latach 90-tych. I to pomimo obecności Marcina Gortata w Orlando Magic. Bardzo ciężko wrócić na tamte tory.

Mieszkając w Przemyślu, miałem to szczęście, że działacze miejscowej Polonii wymarzyli sobie zbudowanie liczącej się w Polsce koszykarskiej drużyny - wręcz coś z niczego. Ten temat na pewno będę w przyszłości wałkować, tutaj tylko mały skrót. Jesienią 1992 roku pierwszy raz wybrałem się na mecz Przemyskich Niedźwiadków. Tak mi się spodobało, że przez niemal 8 lat nie opuściłem żadnego meczu ligowego rozegranego w Przemyślu. W 1994 roku był awans do ekstraklasy, rok później srebrny medal, a w kolejnym roku - brąz. Niesamowite sukcesy, świetni jak na tamte realia koszykarze, no i żywiołowy doping przemyskich kibiców, który nieraz pomógł odnieść zwycięstwa. Potem nadeszła degrengolada i spadek po sześciu latach w polskiej elicie. Kiedy nie wiadomo, o co chodzi, zwykle idzie o pieniądze, a w tym przypadku też o kiepskie zarządzanie klubem. Przemyscy działacze nie byli w stanie odnaleźć się w swoistym wyścigu zbrojeń, jaki zapanował w polskiej lidze, do tego dla niektórych z nich ważniejsze były występy trzecioligowych piłkarzy...

W drugiej połowie lat 90-tych zapanował boom, kluby pozyskiwały coraz to zasobniejszych sponsorów, a dzięki temu i lepszych koszykarzy zza granicy. Czołowe polskie drużyny zrobiły znaczące postępy w europejskich rozgrywkach, a reprezentacja w 1997 roku zajęła siódme miejsce na mistrzostwach Europy (z koszykarzem Polonii, Krzysztofem Milą w składzie). To dzisiaj brzmi nieprawdopodobnie, ale TVP1 przez bodajże 3 lata transmitowała "na żywo" mecze ekstraklasy koszykarzy w sobotę, względnie niedzielę o godz. 14.00 lub 15.00! Dopiero sukcesy Małysza sprawiły, że skończyło się to telewizyjne Eldorado dla koszykówki. Jednak przyczynami takiego stanu rzeczy były też porażki reprezentacji w walce o awans do mistrzostw Europy (nie da się ukryć - Polacy to kibice sukcesu...), a także umożliwienie gry w PLK większej ilości obcokrajowców. Trend normalny w całej Europie wskutek otwarcia granic, jednak wiadomo - Polacy nie gęsi i swoich bardzo utalentowanych koszykarzy mają. Szkoda tylko, że przy okazji niezwykle zmanierowanych i żądających zbyt wiele za swoje nieraz przereklamowane usługi. Nie dziwi więc, że kluby zaczęły sięgać po lepszych i często tańszych koszykarzy z USA czy byłej Jugosławii. No ale zanim do tego doszło, widzowie w całej Polsce mogli fascynować się siedmiomeczowymi thrillerami w finale PLK: Zepter Śląsk Wrocław kontra Pekaes Pruszków, a rok później - Śląsk vs. Nobiles (Anwil) Włocławek. Wówczas objawił się trenerski geniusz Andreja Urlepa, a na wyżyny nieprzeciętnych umiejętności wznosili się Adam Wójcik, Maciej Zieliński czy Igor Griszczuk. W międzyczasie - jesienią 1998 roku - Śląsk wygrał ligowy klasyk we Włocławku w niesamowitych okolicznościach.

Czy koszykówka nie potrafi być wspaniała i okrutna zarazem?...

To jest właśnie to, co uwielbiam w tej grze - walka o zwycięstwo do ostatnich sekund, powodująca niesamowite emocje zarówno wśród zawodników, jak i kibiców. Zmienność akcji, dynamika, wspaniałe rzuty, slum dunki, ważne i efektowne zbiórki, podania, przechwyty, bloki, a także różne rozwiązania taktyczne trenerów. Duże znaczenie ma też obserwacja statystyk, bo nie można powiedzieć, że cała sprawa zamyka się w tym, aby zdobyć o punkt więcej niż przeciwna drużyna. Trzeba znać swoje mocne i słabsze strony, wiedzieć, skąd może przyjść największe zagrożenie. Koszykówka jest dla mnie na piedestale, pomimo tego, że osiągnięcia polskich drużyn w ostatnich latach - delikatnie mówiąc - nie zachwycają, a poza tym brak dobrych speców od marketingu, którzy potrafiliby odpowiednio rozpowszechnić takie wydarzenia jak męski Eurobasket w 2009 roku, rozgrywany w Polsce. Zatem nie należę do tych kibiców, dla których istotne przy zainteresowaniu się daną dyscypliną są przede wszystkim sukcesy odnoszone przez rodaków. I całe szczęście.

Po prostu - I love this game!